„W lesie dziś nie zaśnie nikt” | Slasherowa beka

It’s corona time* – kina zamknięte, premiery odwołane albo przełożone, widzowie (mam nadzieję) grzecznie siedzą w swoich domach. W piątek trzynastego mieliśmy obejrzeć pierwszy polski slasher. Nie obejrzeliśmy. Dostaliśmy go tydzień później jako pierwszy polski film spod znaku „Netflix przedstawia”. Czy W lesie dziś nie zaśnie nikt to rzecz dobra, czy może filmowa siara?

Akcja filmu rozpoczyna się dość niewinnie – grupa nastolatków uzależnionych od technologii trafia na… obóz offline. Wspólna wędrówka po lasach bez dostępu do smartfonów nie zakończy się jednak tak, jak zaplanowali to organizatorzy. Będą musieli zawalczyć o prawdziwe życie z czymś, czego nie widzieli nawet w najciemniejszych zakamarkach internetu. W obliczu czyhającego w lesie śmiertelnego niebezpieczeństwa odkryją, czym jest prawdziwa przyjaźń, miłość i poświęcenie. Czy wyjdą z tego cało, czy w krwistych kawałeczkach? (opis dystrybutora)

Tego arcytrudnego i (jakby nie patrzeć nowatorskiego) projektu podjął się Bartosz M. Kowalski, przed czterema laty debiutujący Placem zabaw, który spotkał się z bardzo różnym przyjęciem przez widownię. Osobiście tego filmu nie cierpię. Niby jest baczną obserwacją młodych ludzi, ich mniej lub bardziej świadomego okrucieństwa względem rówieśnika (mam tu na myśli przede wszystkim niezłą pierwszą część), a z drugiej strony ani nie mówi niczego nowego, ani nie uzasadnia finałowej przemocy, która sprawiła, że nie byłem w stanie Placu zabaw przyjąć. Pamiętam ostentacyjnie wychodzących widzów na zakończeniu filmu podczas Festiwalu w Gdyni. Jedno trzeba jednak Kowalskiemu przyznać – Plac zabaw uraczyłem na filmwebie „dwójką”, ale jednocześnie bardzo dobrze go zapamiętałem, więc być może faktycznie cel został osiągnięty. Ze slasherem W lesie dziś nie zaśnie nikt jest podobnie, tyle że ocena będzie już diametralnie inna. Bartosz M. Kowalski ponownie dzieli widzów, ale czuć tutaj kinofilskie zapędy i frajdę z tworzenia filmu, która podczas oglądania się udziela. Bowiem powiadam Wam, że na W lesie dziś nie zaśnie nikt bawiłem się doskonale.

Unikam i będę unikał w przypadku tego filmu określenia „horror”, bo gdy ludzie słyszą „horror”, to chcą się bać, chcą się wzdrygać, chcą podskakiwać ze strachu. A w slasherach nie o to chodzi. Więc jeżeli ktoś, oglądając W lesie nie zaśnie nikt, będzie chciał zobaczyć krwisty horror, no to sorry. Nie zobaczy.

Znacie te wszystkie slashery-klasyki? Mój ulubiony Halloween, popularny Koszmar z ulicy wiązów czy Teksańską Masakrę: Piłą mechaniczną? Jeżeli znacie, to W lesie dziś nie zaśnie nikt w ogóle Was nie zaskoczy. A nawet jeśli nie znacie, to najprawdopodobniej też Was nie zaskoczy. To bardzo klasyczny film – ponownie historia grupki młodych ludzi w odosobnieniu, z bardzo zwykłymi i dobrze znanymi w gatunku zwrotami akcji, podszyta humorem, z niespecjalnymi efektami specjalnymi, odrażającymi mordercami i stylizacją (nie wiem, na ile świadomą, ale wydaje mi się, że bardzo świadomą) na kino klasy B. Każde z tych klasycznych rozwiązań jest na swój sposób urocze, jednocześnie wpływając na to, że W lesie dziś nie zaśnie nikt nie jest wcale tak na serio serio. Czuje się tam zdystansowanie, puszczane oczko, niewykluczające napięcia, kiedy myślami faktycznie utkniemy z bohaterami w bezkresnym lesie. Dobrze się to ogląda, tak po prostu. Jeżeli ktoś podejdzie do tego filmu z serduszkiem na dłoni, otwartym na klasyczny slasher, będzie odhaczał kolejne punkty/ofiary typowego przedstawiciela gatunku, które zresztą wymienia filmowy Julek. Z każdym odhaczeniem wyczuwałem coraz większe spełnienie i było to super uczucie. Ponadto, doceniam reżyserski ruch w nieodkryte jeszcze pole na gruncie polskiego kina. Kiedyś ktoś próbował, powstała Pora mroku, ale no zapomnijmy, że to się w ogóle wydarzyło.

Zaskakująco dobrze radzą sobie też młodzi aktorzy, o których castingowe wybory mogliśmy mieć niemałe obawy. Największym zaskoczeniem jest chyba Julia Wieniawa, która w roli straumatyzowanej, zamkniętej w sobie Zosi, radzi sobie naprawdę dobrze. A już szczególnie fajnie wypada w duecie z filmowym Julkiem, czyli Michałem Lupą, który jest tutaj skarbnicą humoru. Zupełnie się z tą postacią utożsamiam. To byłbym totalnie ja w takiej sytuacji, także nikomu nie życzę przeżywania slashera wraz ze mną. Również warto wspomnieć o pozostałej trójce z obozowej grupy – Wiktorii Gąsiewskiej, Sebastianie Deli oraz Stanisławie Cywce, którzy wypadają nieźle, są przekonujący i autentyczni, a do tego w zasadzie ograniczają się ich postaci. Świetne są za to skromne występy popularnych twarzy polskiego kina – Wojciecha Mecwaldowskiego, Gabrieli Muskały, Mirosława Zbrojewicza czy Piotra Cyrwusa. Aktorsko tutaj gra!

No właśnie, jeszcze ten humor, który sprawia, że W lesie dziś nie zaśnie nikt niby jest slasherem (całkiem trzymającym w napięciu, serio!), ale jest też dobrą beką. Pani Profesor Aniela czy „Julek, ale Ty umiesz biegać?” to tylko niektóre złotka pochodzące z tego filmu. Powtórzę się: BAWIŁEM SIĘ DOSKONALE! I o tę zabawę w tym filmie chyba chodziło najbardziej. A czy Wy się będziecie bawić? Nie wiem. Oceny są skrajne, widzowie się zachwycają i jednocześnie kręcą nosem, podobnie z krytykami. Sprawdźcie sami, najwyżej rzucicie na filmwebie dwóją i zapomnicie. Albo zgubicie się w tej naprawdę dobrej rozrywce. Lubię to!

*zdecydowanie za dużo TikToka ostatnio…

foto: Next Film/Akson Studio



Polub bloga na Facebooku