Szwedzka cool girl, czyli „Sunshine Kitty” Tove Lo

Od czasu wielkiego sukcesu komercyjnego, który odniósła piosenka Habits (Stay High) w remixie Hippie Sabotage, minęło już prawie pięć lat. Żaden singiel Tove Lo nie powtórzył popularności utworu, który otworzył jej drzwi do międzynarodowej kariery, choć Szwedka zdążyła wydać trzy płyty. Ta najnowsza – Sunshine Kitty – jest chyba najrówniejszą w jej dorobku.

Osobiście nigdy nie zasłuchiwałem się w muzyce Tove Lo. Znam jej wszystkie płyty, ale każda z nich dość szybko wydostawała się z mojej głowy. Za każdym razem. Na dłużej pozostawały ze mną jedynie single, których dobór w przypadku Tove Lo jest bezbłędny. Talking Body, Cool Girl, True Disaster i chyba moje ulubione disco tits – to byłaby moja ulubiona czwórka, którą uzupełniłbym o jedną jedyną piosenkę spoza singli, a mianowicie dont ask dont tell. Na czwarty album Szwedki właściwie nie czekałem. Pojawiające się piosenki zapowiadające Sunshine Kitty bardziej mnie ziębiły niż grzały. Glad He’s Gone było przyjemnym popem, który po pierwszym przesłuchaniu odłożyłem na bok. Podobnie stało się z dwoma duetami – pierwszy Bad as the Boys nagrany z ALMĄ był wyjątkowo mało „bad”, a Really don’t like u z Kylie Minogue od kilku pierwszych dźwięków odrzuciło mnie irytującym motywem przewodnim. Ignorancko nawet nie posłuchałem Jacquesa nagranego we współpracy z Jaxem Jonesem, bo pomyślałem DJ, więc „oszczędzę sobie kolejnej klubowo-radiowej sieczki”. Polegając na „bezbłędnych singlach” z poprzednich albumów, tym razem single zupełnie mnie zmyliły.

Wszyscy mówią, że nie ocenia się książki po okładce. Ale cóż zrobić, skoro ja jestem wzrokowcem i w szeroko pojętej kulturze ubóstwiam okładki. Tę bardzo lubię.

Okazuje się, że na Sunshine Kitty Tove Lo ukryła znacznie ciekawsze dźwięki, a niekoniecznie ciepło przyjęte przeze mnie single, ostatecznie wtopiły się w spójny, równy i naprawdę przekonujący całokształt. Najwięcej zyskało Glad He’s Gone, połączone z poprzedzającym je krótkim intro Gritty Pretty, okazując się lekkim i chwytliwym otwarciem płyty. Sweettalk my Heart, które w dzień premiery albumu otrzymało teledysk i stało się kolejnym singlem promującym, to piosenka, ze względu na którą mógłbym wyczekiwać Sunshine Kitty. Utrzymana w stylistyce, w której Tove Lo odnajdywała się dotychczas najlepiej, chwyta nieco wyrazistszym refrenem, balansując pomiędzy tanecznym i spokojniejszym popem, ale wciąż całkiem wyrazistym. Moimi ulubieńcami na albumie są skreślona przeze mnie współpraca z Jaxem Jonesem, której efektem jest bardzo seksowny Jacques, drapieżniejsze, zarażające „boom boom boom” Are U gonna tell her? w duecie z Mc Zaac oraz romansujące z klasycznym r&b Come Undone. Świetnie brzmi również Shifted czy mocno zapadające w pamięci ciekawymi refrenami Stay Over. Wciąż chętnie przełączam duet z Kylie Minogue (sorry not sorry) czy wcześniejsze, nieco nijakie Equally Lost nagrane z Doją Cat (mimo że partia raperki to jeden z najlepszych momentów albumu Tove Lo). Nie zmienia to jednak faktu, że to pierwsza płyta Szwedki, na której znalazłem dla siebie aż tyle.

Jacques to przykład na to, że warto walczyć ze swoimi muzycznymi uprzedzeniami. Ależ ja lubię ten sexy vibe, unoszący się w tej piosence.

Sunshine Kitty nie jest w żadnym przypadku rewolucyjnym popem, ale to bez wątpienia świetnie wyprodukowana płyta, na której pop jest zdecydowanie tym „popem ze znakiem wysokiej jakości”. Trochę się dziwię, że gdzieś Tove Lo przepadła i trudno odnaleźć ją na największych krajowych listach przebojów, jedynie poza rodzimą Szwecją oraz Nową Zelandią. To być może efekt tego, że muzycznie oferuje trochę więcej od tego, co moglibyśmy określić radiowym standardem (np. w Polsce), i nie jest głośnym, okupowanym nazwiskiem. W końcu, od premiery największego hitu w jej karierze minęło pięć lat, co będzie w tym tekście powtórzeniem, ale chyba koniecznym. Sunshine Kitty jest może nieco za długie, a podczas dwóch piosenek zamykających album, nieco bezbarwnych na tle całokształtu, trudno jest wytrwać do końca. Ale widać na nim, że Tove Lo idzie swoją ścieżką, i ta ścieżka zaczyna mi się coraz bardziej podobać. Chętnie potańczyłbym do tej płyty na jakimś dużym festiwalu.