„Always Live for Always” Skott | Cztery lata później

Skandynawia dostarczyła nam w ostatnich latach kilka intrygujących nazwisk specjalizujących się w indie popie, niepozbawionym nuty progresywności oraz elektroniki. Spójrzmy chociażby na najpopularniejsze – niepowtarzalną Aurorę, dziewczęcą Sigrid czy zadziorną MØ. Pośród nich na specjalne miejsce zasługuje szwedzka Skott, debiutująca w tym roku albumem Always Live for Always, która – gdyby pobawić się w skojarzenia – mogłaby być genialną muzyczną córką Banks oraz Lorde.

Droga do debiutanckiego albumu była dość długa. Pierwszy singiel artystki pojawił się już w 2016 roku. Kolejne miesiące przynosiły nowe utwory (wtedy właśnie usłyszeliśmy wspaniałe Mermaid, będące chyba najpopularniejszą piosenką artystki) oraz ciekawe współprace z innymi artystami (chociażby z Greyem czy Petit Biscuit). W 2018 otrzymaliśmy jej pierwsze krótkie wydawnictwo Stay Off My Mind EP, na którym usłyszeliśmy genialne, taneczne In the Mood czy zadziorne, dark popowe Russian Soul. Potem przyszedł czas na zmiany, a artystka próbująca wyswobodzić się od polityki dużej wytwórni, spowalniającej jej prace, zdecydowała się na założenie niezależnego Dollar Menu Label, pod szyldem którego wydała pierwszy singiel zwiastujący jej debiutancki album. Później pojawiły się następne utwory promocyjne, krótkie oczekiwanie i w końcu po kilku latach obserwacji bardzo ciekawej muzycznej ścieżki Skott otrzymujemy Always Live for Always – idealne podsumowanie czteroletniej artystycznej drogi, ale też – po prostu – rewelacyjny album, który zasługuje na uwagę. I o tę uwagę myślę, że warto zawalczyć!

Spoglądając na tracklistę debiutanckiego albumu Szwedki, można mieć wrażenie, że będziemy mieć do czynienia z niespójną, rozstrzeloną brzmieniowo zbiórką. Nic bardziej mylnego, a choć znajdziemy tutaj wydany przed czterema laty mocny pierwszy singiel Porcelain, czy nieco późniejszą Amelię, utwory z początków są odpowiednim uzupełnieniem płyty i jednoczesnym sygnałem dla słuchacza, że nic nie wydarza się tutaj z przypadku. A.L.F.A. jest efektem i zarazem początkiem; podsumowaniem i rozpoczęciem. Punktem, za pomocą którego Skott prezentuje siebie i miejsce, do którego doszła, ale też skutecznie uwodzi, zachęcając do kontynuacji muzycznego romansu z jej twórczością. Uwodzi również mnie – osobę, która po śledzeniu jej dotychczasowej ścieżki powinna być na ten album gotowa. Always Live for Always przerosło moje oczekiwania.

Skott oprócz dotychczasowych singli promujących album, które składają się ostatecznie na większą część debiutu, przygotowała również cztery premierowe kompozycje. Choć na kolejny singiel wybrano wyróżniające się na płycie My Name, intrygujące przede wszystkim wykorzystanymi chórkami, za którymi mogłyby stać zaprzyjaźnione duszyczki artystki, moje serce skradło otwierające album Stay Awake, świetnie rozegrane w refrenach, uderzających w nas niczym wymierzone przez Skott ciosy. Do tej dwójki dołączają bardziej kameralne Benz oraz Burning Incense. Spośród wcześniej publikowanych singli oraz utworów promujących album nie potrafię wybrać najlepszego. Czy to Bloodhound z porywającym w refrenach „doo doo doot doo doot doo doot”, czy zamykające płytę „lanowe” Settle Down, czy chociażby miłosne Kodak & Codeine – wszystkie są wyraziste, na swój sposób wyjątkowe, wpisujące się w styl Szwedki.

Polecam też jej cover Break My Heart, który nagrała dla P3 Session. Dua Lipa smutniej i spokojniej? Bierzcie w ciemno!

Może nie umiem wskazać najlepszego utworu, ale jestem za to (bezdyskusyjnie) przekonany, że debiutancki album Skott jest wspaniały. Właściwie pozbawiony jakichkolwiek słabych momentów. Jeszcze ciekawsze jest natomiast to, że utwory poznane wcześniej, teraz wkomponowane w całość, zyskują zupełnie nowe oblicza, jakby się wzajemnie uzupełniały. Więc nawet ja, osoba śledząca karierę Skott od kilku lat, potrafię się Always Live for Always zachłysnąć. Trwam obecnie w tym stanie i staram się nim delektować. To rewelacyjny debiut, który pozostanie ze mną, jeżeli nie na zawsze, to na pewno na bardzo długą, przeciągającą się niemal w nieskończoność chwilę. Dark indie progresywny pop z elementami elektroniki? Brzmi skomplikowanie, ale ile w nim dobroci!



Polub bloga na Facebooku