„Sala samobójców. Hejter” | Przeciw nienawiści?

Sala samobójców przed dziewięcioma laty skutecznie przemówiła do wyobraźni ówczesnej młodzieży, wyrastając na jeden z najgłośniejszych polskich filmów ubiegłej dekady. Tego sukcesu raczej nie powtórzy Hejter, mimo że jest znacznie lepszy od swojego poprzednika. Komasa i Pacewicz po raz drugi udowadniają, że są rewelacyjnym duetem, a ich najnowszy wspólny film, mimo że niepozbawiony wad, jest niezwykle atrakcyjny dla współczesnego widza.

Tomek (Maciej Musiałowski), student prawa Uniwersytetu Warszawskiego, zostaje przyłapany na plagiacie i wydalony z uczelni. Postanawia jednak ukrywać ten fakt przed światem i nadal pobiera pomoc finansową od państwa Krasuckich (Danuta Stenka, Jacek Koman) – rodziców Gabi (Vanessa Aleksander), przyjaciółki z czasów dzieciństwa. Kiedy oszustwo wychodzi na jaw, skompromitowany chłopak traci zaufanie i życzliwość swoich dobroczyńców. Przepełniony gniewem i żalem, oddzielony od Gabi, w której skrycie podkochuje się od lat, Tomek planuje zemstę na Krasuckich. Szansa pojawia się, kiedy otrzymuje pracę w agencji reklamowej, a wraz z nią dostęp do najnowszych technologii i tajemnic stołecznej elity. Pod pozorem obowiązków zawodowych Tomek zaczyna inwigilować Krasuckich, aktywnie włączonych w kampanię polityczną kandydata na prezydenta stolicy – Pawła Rudnickiego (Maciej Stuhr). Wkrótce plan internetowego hejtera zaczyna nabierać coraz realniejszych kształtów, a droga do jego realizacji wiedzie przez wirtualny świat popularnej gry komputerowej. (opis dystrybutora)

Jan Komasa ledwie wrócił z hollywoodzkich wojaży ze znakomitym Bożym Ciałem (o nominacji do Oscara zawsze warto wspominać!), a już w kwietniu poleci do Nowego Jorku, gdzie Hejter będzie pokazywany w konkursie jednego z ważniejszych amerykańskich festiwali Tribeca. Trudno się dziwić. Wystarczy wziąć pod uwagę wielki sukces poprzedniego dzieła reżysera, a do niego dodać aktualność Hejtera, który staje wobec wszechobecnej we współczesnym świecie nienawiści. Paradoks filmowego doświadczenia jest jednak kluczowy. Gdy Hejter zdaje się być filmem przeciw nienawiści, bardzo trudno lubić po nim ludzi. Przynajmniej ja wyczułem pewną niechęć. Może nie chodzi od razu o pragnienie destrukcji. Broń Boże… Ale najprostszą niechęć – do ludzi, ale też do współczesnego świata. Komasa w Hejterze punktuje hipokryzję, znienawidzone przeze mnie pozerstwo, ale też nasze współczesne zaślepienie i bezkrytyczne przyjmowanie wszystkiego, co zostaje nam podane. I choć bez wątpienia nie pozostaje bezstronny, punktuje grupy lewicowe, rozprawia się też z wyższymi sferami i mocno krytykuje postawy nacjonalistyczne. Razem z Pacewiczem zamykają te tematy w jednym filmie i one naprawdę grają.

Jednocześnie nie do końca zgadzam się z osądami, że jest to kino społeczne. Bez wątpienia aktualne, ale nie wiem, czy aż tak mocno diagnozujące i analizujące kondycję ludzi oraz otaczającego nas świata. Pod tym względem skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że jednak Hejterowi bliżej do Sali samobójców. Umiejętnie zostają zamknięte tutaj problemy współczesnego świata oraz nasze bolączki, które podane są w taki sposób, by sprawdziły się w mainstreamie. To film aktualny i poruszający ważne problemy, ale jednocześnie bardzo modny, nowoczesny i przede wszystkim przystępny. Nie ma w nim miejsca na głęboki portret społeczny, co też nie jest żadnym zarzutem. Najważniejsze, że na moment zatrzymuje, kiedy trzeba chwyta za gardło i – co chyba najlepsze – może pobudzić do dyskusji. Nie wiem, czy jest do niej wystarczającym środkiem, ale od czegoś warto zacząć.

A jeżeli chodzi o nowoczesność Hejtera, tak trochę z innej, muzycznej beczki, to może nie ma on następcy bujającego do tej pory Turn Me On z części pierwszej, ale ma za to perfekcyjne The Fib od duetu Rysy. Uwielbiam od czasu do czasu wrócić do ich płyty Traveler, ale teraz zacznę chyba wracać jeszcze częściej. Wciąż liczę na reaktywację!

Ważna w Hejterze jest też jego warstwa emocjonalna. Komasa bardzo skutecznie trzyma nas blisko swojego filmu oraz przede wszystkim głównego bohatera. W mgnieniu oka wnikamy w podwójne życie Tomasza, który jednocześnie jest życzliwym młodym mężczyzną oraz bezlitosnym potworem pracującym „w internetach”. Jest to prawdziwa gra, w której nie do końca wiadomo, która z jego twarzy jest tą autentycną. A może każda jest najzwyklejszym fałszem? Napięcie, również to fabularne, udaje się utrzymać, choć nieco ucieka ono Komasie spod kontroli, szczególnie w najważniejszym momencie filmu. Przeskok wywołuje pytania, które znowu podkopują wiarygodność Hejtera. Najbardziej zostaje ona jednak podana w wątpliwość dopiero po seansie, kiedy przestajemy na gorąco chłonąć film i możemy sobie pozwolić na jego chłodną analizę. I to chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo film Komasy jest angażujący. W trakcie oglądania wielu rzeczy się nie dostrzega. Najbardziej chwytający za gardło jest zdecydowanie koniec, w którym panuje przeszywająca cisza. Odgłos próżni, który robi bardzo źle najpierw naszym uszom, a później naszemu zatrzymanemu wnętrzu. Trochę niczym cisza na dobicie.

W Sali samobójców dał nam Jakuba Gierszała, w Hejterze szerszej publiczności kinowej pokazuje Macieja Musiałowskiego, który jest znakomity. Intrygujący, grający wzrokiem, wciągający nas w grę bohatera. Przerażające jest jego bezlitosne spojrzenie. A skoro już Sala samobójców tutaj powróciła, to warto jeszcze zastanowić się nad tym, jak prezentuje się Hejter w stosunku do niej. Część pierwsza – z perspektywy bezwzględnego czasu – straciła wiele. O ile będąc w gimnazjum, przyjmowałem historię Dominika z otwartymi rękoma, tak teraz po ubiegłorocznym re‑watchu nie potrafię w nią uwierzyć. Trudno się to ogląda. Zastanawiam się, jaki los spotka Hejtera, bardzo polskiego, mocno osadzonego w naszym kraju, ale jednocześnie jakby bardziej uniwersalnego niż część pierwsza. Ciekawe. Na chwilę obecną jest to dobre kino, które gdzieś tam trafia do człowieka. I tego się trzymajmy.

SPOILER!!! Chciałbym dopowiedzieć załamanie napięcia, które wymaga wejścia niemal w finał filmu. Zupełnie nie przekonuje mnie motyw strzelaniny, niezbyt dobrze funkcjonujący zarówno realizacyjnie, jak i dramaturgicznie. W takim sensie, że właściwie w ogóle nie przeraża, nie wprowadza nawet w najmniejsze uczucie niepokoju. Przez całą sekwencję tej strzelaniny wyczuwałem jakiś rodzaj fałszu. Problematyczny jest też wątek zwerbowania zabójcy, czyli chłopaka‑narodowca z internetowej gry, który zostaje odkryty przez filmowego Tomasza. Okej, ideowa manipulacja i niepoczytalność, ale wiele wątpliwości wzbudza kontynuacja tego wątku, która szczególnie wydarza się już poza tym, co obserwujemy na ekranie. Tomasz odgrywa łzawą scenę w szpitalu, a potem po wyzdrowieniu wraca do pracy. I tyle? Naprawdę? Żadnych niezgodności, żadnych najmniejszych śladów? Morderstwo ochroniarza w składziku też ot tak wyjaśnione? Jeden, wielki, nieprzyjemny znak zapytania, przez który Hejtera lubię mniej niż lubić mogłem.



Polub bloga na Facebooku