Rzeczy, które uratowały (mój) 2020 rok

Wielkimi krokami zbliża się czas rocznych podsumowań, ale zanim na blogu znajdziecie topki najlepszych teledysków, piosenek, albumów oraz filmów, zastanówmy się, co (w zasadzie to mi) uratowało ten okropny 2020 rok. I na początek mały spojler – nie ma tutaj nowych albumów Lady Gagi i Ariany Grande, chociaż bardzo chciałem.

Jak widzę ten rok? Nie potrafię nie skupiać się na samych negatywach, bo w życiu społecznym działo się sporo złego. 2020 to rok globalnej pandemii, ale też rok szczególnego medialnego przebodźcowania, w którym fake news gonił kolejną niespójną informację, a teorie spiskowe przeplatały się z zaleceniami autorytetów. To rok wyborów prezydenckich, na czas których koronawirus był w odwrocie. W nich punktem przepychanki stały się osoby LGBT, a medialny szum wokół nich odbijał się echem przez kolejne miesiące. To rok kobiet, które licznie wyszły na ulicę, sprzeciwiając się ograniczeniom w związku z ich prawem wyboru. To czas niestabilności, poprzedzonej heheszkami z wirusa (lecąc na Berlinale sam takowe uprawiałem), w pewnym sensie też strachu, generowanego przez niepokojący szum pełen sprzecznych informacji. Rok zupełnie inny od wszystkich poprzednich.

Tak to niestety widzę. Choć nie powiem, że dla mnie osobiście był to czas zupełnie stracony. Wręcz przeciwnie. Przykro mi jednak, że tak niefortunnie zlepił się z czasem wkroczenia w dorosłość, który jest już wystarczająco ciężki, a strach, o którym półtora roku temu pisałem w zakładce “kim jestem”, jest teraz trzy razy większy.

Były jednak pewne highlighty. Ujściem stresu i poczucia rozczarowania była oczywiście szeroko pojęta kultura. W najróżniejszym wydaniu: od ambitnych dzieł, po najczystszą (serio!) rozrywkę. Choć zupełne odmienne, każda z tych pięciu rzeczy, którymi się z Wami za chwilę podzielę, sprawiła, że rok 2020 był faktycznie ciekawszy, znośniejszy, a momentami nawet całkiem inspirujący. A jakie są rzeczy, które uratowały Wasz 2020 rok?

TikTok

Jak w przypadku wielu osób, początkowo pobrany „dla beki”, stał się chyba najczęściej otwieraną przeze mnie aplikacją społecznościową podczas pandemii. Gdy mi było smutno, gdy czułem się nieco przytłoczony, włączałem TikToka i świat na moment okazywał się nieco lepszym, zabawniejszym miejscem. Przesiadywanie na nim nie należy do najzdrowszych rzeczy pożądanych przez nasz organizm, ale w ograniczonych i zdrowych ilościach jest bardzo dobrą odskocznią od szarej codzienności. Nawet mam tam swój debiutancki film! Ulubieńcy? Kot Cooter, pizzapawel, Dejw14, Victoria Adeyinka i Karolina Witaszek.

Ostatnio współlokatorka powiedziała mi, że myślała, że nie ma mnie w mieszkaniu. A ja po prostu położyłem się na łóżku z TikTokiem, gdy było jasno, i wyłączyłem go, gdy było już ciemno. Tak to niestety najczęściej działa.  

@technikolorowy

A jak brzmią Wasze wakacje? ##dlaciebie ##muzyka ##polskamuzyka ##muzykapolska ##tiktokpolska ##popolsku

♬ dźwięk oryginalny – TECHNIKOLOROWY

Disco

Było w tym roku mnóstwo muzyki, przy okazji której chciałoby się zawiesić srebrną dyskotekową kulę, ubrać cekinową marynarkę i posypać twarz brokatem. Szeroko rozumiane disco przeżywa właśnie swój renesans, a jego czołową twarzą zdaje się być niesamowita Dua Lipa. Marzec przyniósł jej rewelacyjny album Future Nostalgia, który już miesza w rocznych podsumowań największych redakcji muzycznych. Poza tym świetny kosmiczny występ na American Music Awards z Levitating, nieco dzielący fanów remixowy album Club Future Nostalgia, na którym pojawiły się kolaboracje z Madonną czy Gwen Stefani, duet z gwiazdą francuskiej muzyki Angele oraz wielki internetowy koncert Studio 2054, który okazał się sporym sukcesem artystycznym.

To jednak niejedyne disco brzmienia, które zawładnęły 2020 rokiem. Bardziej alternatywne spojrzenie zaprezentowała Jessie Ware, a jej What’s Your Pleasure jest bardzo klimatyczne. Całkiem dobrze brzmi również album Disco od Kylie Minogue, na którym upodobałem sobie szczególnie trzeci singiel Real Groove. Był też Love Me Land Zary Larsson zwiastujący jej album będący niczym „ABBA on acid”. Dorzućmy do tego syntezatorowego The Weeknd oraz czerpiącą całymi garściami z zeszłych dekad Miley Cyrus i mamy mnóstwo muzycznej retro dobroci w mainstreamie!

Fonobo Pitcher

Tegoroczny projekt Fonobo Label, w ramach którego młodzi artyści mogą zaprezentować swoją twórczość szerszemu gronu odbiorców. Od wytwórni otrzymują wsparcie w wydaniu singla, jego wyprodukowaniu, ale również promocji. I nikt, kto nie śledzi szczególnie młodej polskiej sceny muzycznej, nie spodziewał się, że kryje ona w sobie tak wiele skarbów, a każdy kolejny artysta odkrywany przez Fonobo był następnym kolorytem, ubogacającym muzycznie 2020 rok.

Niektórzy artyści, tak jak wspaniałe Magda Kluz i KIWI, mają już na swoich kontach debiutanckie, bardzo udane EP-ki wydane pod skrzydłami wytwórni. Inni pracują w dalszym ciągu nad materiałem. Wiele piosenek z Pitchera trafiło również do Waszych głośników, co widać po licznych głosach oddawanych na nie w blogowej liście przebojów. Gdybym miał wybrać trzy ulubione single z projektu, wskazałbym In Blue od Jea Mira, Inni mówią od Jelsy oraz Rzekę Magdy Kluz.

Czego dusza pragnie?

Już niejednokrotnie na łamach bloga powtarzałem, że Moja Wina Kasi Lins to najbardziej spełniony artystycznie album tego roku. Pure art, która przeszywa, intryguje, dostarcza mistycznych przeżyć, dociera do najgłębszych zakamarków naszej duszy. Jej uzupełnieniem okazało się wspaniałe internetowe widowisko Czego dusza pragnie – prawdziwy muzyczny spektakl, na który składają się utwory z Mojej winy.

Mój zachwyt nie jest przesadzony. Czego dusza pragnie to show, na nieco ponad 40 minut przenoszące nas do zupełnie innego świata, którego punktem wspólnym jest scena. A na niej Kasia Lins w przeróżnych odsłonach, w różnych “winach”, w odmiennych okolicznościach. Najmocniejsze? Chyba Nie syp solą z gościnnym występem Oli Domańskiej, która jest tam niczym kobieca, znacznie silniejsza odpowiedź na Freuda. A przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie. Wspaniała! Od niedawna Czego dusza pragnie dostępne jest w całości za darmo na YouTubie i tam Was właśnie odsyłam. Przeżyjcie ten przepiękny spektakl i tę genialną płytę.

Berlinale

We wspomnieniach przede wszystkim ostoja normalności. Ale nie będę ukrywał, że też wielkie filmowe przeżycie i przez długi czas żart, że chociaż na jednym festiwalu filmowym mogłem być fizycznie. Z perspektywy dziewięciu miesięcy powiem Wam, że to trochę dziwne, że wszyscy siedzieliśmy w pełnych salach kinowych bez maseczek, stykaliśmy się niechcący łokciami na oparciach i chuchaliśmy sobie na szyje w kolejkach do budynków. Okej, kaszel już wówczas wzbudzał wątpliwości, ale nie przyciągał aż tak wielu zaniepokojonych spojrzeń jak dzisiaj. Pamiętacie takie czasy? Bo ja niestety powoli zapominam.



Polub bloga na Facebooku