„Revelación EP” Selena Gomez | Baila, baila conmigo

Mam wrażenie, że nikt nie czekał, ale jak się okazuje, chyba potrzebowaliśmy Seleny Gomez sięgającej po muzykę latynoamerykańską. Siedem piosenek składających się na niecałe 20 minut materiału wystarczyło, by wokalistka dostarczyła najlepszy album w swojej dotychczasowej karierze. Zapomnijcie o popie. Czas na „baila”!

Nie będę nikogo oszukiwał, jeżeli przyznam, że z muzyką Seleny Gomez było mi raz bardziej po drodze, raz trochę mniej. Ubiegłoroczny Rare był tego idealnym przykładem – pół albumu słuchało się całkiem nieźle, czasami nawet bardzo dobrze, a o drugiej połowie wolałbym raczej zapomnieć. Małym wyjątkiem był Revival, choć prawdą jest, że i tej płycie daleko było do ideału. Hiszpańskojęzyczna EP-ka Revelación jest w tym momencie niemałym zaskoczeniem. Tak, jak Gomez nigdy nie rewolucjonizowała sceny popowej, tak i nie rewolucjonizuje muzyki latino. Ale czerpie z niej całymi garściami. Jest konsekwentna w brzmieniu, nareszcie wyrazista, a sięgnięcie po język hiszpański przypomina niemal artystyczne katharsis, bo Selena jeszcze nigdy na żadnym ze swoich albumów nie brzmiała tak dobrze. I paradoksalnie pewnie.

Wyrazistości nie zapowiadał De Una Vez – pierwszy singiel zwiastujący wydawnictwo, po którym leniwie powiedziałem „typowa Selena, tylko w rytmie latino”. Pierwsze złudne wrażenie szybko zatarł duet z Rauw Alejandro Baila Conmigo – gorący romans z reggaetonem, w którym słychać pewność siebie, ale też urzekającą sensualność, pieszczącą nas niczym delikatny ciepły nadmorski wiatr. I tego gorącego romansu połączonego z sensualnością na Revelación jest jeszcze więcej. Najlepsze na albumie Buscando Amor sprawia, że – idąc za tekstem – przepadamy w rytmie i zapominamy, a wtórujące mu seksowne Adiós jest stylowym „boy bye” i jednocześnie najbardziej porywającą piosenką na EP-ce. Duszno robi się też przy Dámelo To’ oraz Vicio, w których dzieje się więcej miłości, choć nie pozbawionej latynoskiego temperamentu. Całość zamyka Selfish Love, współpraca z DJ Snake, której choć daleko do przebojowego Taki Taki, wpisuje się w paradoksalne połączenie wyrazistości i delikatności. Bo choć Revelación reggaetonem stoi, to nie brakuje na nim selenowej subtelności.

Nie skłamię, jeżeli powiem, że na dzień dzisiejszy, to mój ulubiony album w 2021 roku. Nie słyszymy na nim niczego nowego, a Gomez poniekąd powiela wszystko, co zdążyliśmy usłyszeć w mainstreamowym latino na przełomie ostatnich lat. Jednocześnie wprowadza na salony latynoskiej muzyki siebie i robi to w nadzwyczaj dobrym stylu, udowadniając też, że popowa szufladka jest wyłącznie szufladką, z której śmiało może wyskoczyć. Choć wiem, że Revelación to bardziej eksperyment i próba wyjścia ze strefy komfortu, dla mnie Selena Gomez spokojnie mogłaby zrezygnować z popu i muzycznie pozostać w gorącym Meksyku.

* z dużą szansą na dziewiątkę, jeżeli moja sympatia nie zmaleje.


Polub bloga na Facebooku