„Portret kobiety w ogniu” | Dzieło o dziele

Jest coś bardzo wyjątkowego w portretach. Przedstawiają najczęściej ludzi nam nieznanych, często już nieżyjących, będąc rodzajem wspomnienia/zapamiętania człowieka. Szczególnie te portrety malowane, naśladujące rzeczywistość, ale wciąż będące interpretacją wizerunku osoby. Owacyjnie przyjęty na Festiwalu w Cannes, Portret kobiety w ogniu, opowiada o sztuce portretowania i poznawaniu portretowanego, w którym granica pomiędzy obserwacją a przenikaniem okazuje się bardzo cienka.

Opowieść o miłości wyprzedzającej swój czas i intymnej więzi zdolnej przełamać niejedno tabu, ubiera w kostium – akcja rozgrywa się w Bretanii w 1770 roku – jak najbardziej współczesne pragnienia i uczucia. Bohaterkami filmu są szykowana do aranżowanego małżeństwa arystokratka Heloiza oraz przybyła z Paryża malarka, Marianna. Ta druga ma namalować portret tej pierwszej, ale w sekrecie: Heloiza nie chce bowiem pozować, buntując się w ten sposób przeciwko przymusowemu zamążpójściu. Marianna dyskretnie obserwuje swoją modelkę, intensywnie tworzy, ale niszczy kolejne wersje obrazu. Czuje, że nie pozna prawdziwego oblicza młodej kobiety tak długo, jak sama będzie ukrywać własne. (opis dystrybutora)

Punktem wyjścia dla Portretu kobiety w ogniu jest dzieło sztuki. Uczennica przynosi do pracowni ponury obraz, którego obecność ewidentnie rozstraja Mariannę. Pierwszy kontakt z dziełem sztuki, do którego dochodzi w otwierającej film scenie, może nam nieśmiało sygnalizować, z czym będziemy mieli do czynienia. Film Céline Sciammy jest tak estetycznie wyważony, że ciężko wyzbyć się wrażenia oglądania dwugodzinnego (chcąc, nie chcąc ruchomego) obrazu. Trochę na zasadzie interpretacji dzieła sztuki i napięć pomiędzy przedstawianymi na nim postaciami; nieruchomych scen, do których dopisywane są przez historyków sztuki kolejne wątki i motywy, układające się w narrację. Portret kobiety w ogniu jest właśnie taką dopisaną historią – filmowym zinterpretowaniem obrazu z otwierającej sceny i dopisaniem tego, co na samym dziele z płonącą kobietą zostało niewypowiedziane. Pięknym, ruchomym obrazem, będącym dopełnieniem. No właśnie, filmowym dziełem o dziele. Sztuką o sztuce.

Wspaniała jest scena, gdy Marianne podpala pierwszy bezgłowy portret Heloizy i ogień zaczyna płonąć na sercu sportretowanej postaci. Jeszcze piękniejsza jest ta przy ognisku, kiedy Heloiza staje się nie tylko kobietą w ogniu z obrazu, ale jej fizycznym odzwierciedleniem.

Zostawiając wartości estetyczne, jakie niesie ze sobą film Sciammy (a niesie ich wiele), Portret kobiety w ogniu jest bardzo intensywnym przedstawieniem rodzącej się fascynacji i uczucia będącego jej bezpośrednim skutkiem . Trudno nie wyczuć od samego początku napięcia pomiędzy bohaterkami, które dodatkowo uwydatnia niepokój w związku z sekretnym tworzeniem portretu. Obserwacja i poznawanie drugiej osoby, zaczyna się w tym przypadku mieszać z emocjonalnym przenikaniem. Zaangażowaniem się w drugiego człowieka. No właśnie, zaangażowanie się w jego portret, który tworzy nie tylko portretująca, ale również w tym przypadku portretowana. Szczególnie, gdy zniewolona Heloiza zauważa w Mariannie wolność, której nigdy w żaden sposób nie doświadczy, a Marianna zaczyna dostrzegać w swojej „modelce” piękno i energię stłumioną przez gniew. Pełne magnetyzmy są spojrzenia bohaterek. Kipiące od emocji. Céline Sciamma opowiada wybitnie o kobiecych uczuciach.

Fenomenalne są dwie główne kreacje aktorskie. Nie ma podziału na lepszą, bo Noémie Merlant i Adèle Haenel dostarczają równie wiele i równie mocno. Ta pierwsza – wcielająca się w Mariannę – urzeka wyrysowanym często na twarzy niepokojem, który idealnie współgra ze stonowaniem jej postaci. Natomiast Haenel zachwyca nieco stłumioną dzikością Heloizy i jej niewypowiedzianym gniewem. Prawie wszystko między nimi dzieje się w gestach. W pozornie delikatnych wzrokowych spotkaniach. Wspaniałe.

Często w kontekście tego filmu powracają Tamte dni, tamte noce, w których też (podobno) wiele dzieje się pomiędzy bohaterami w gestach i spojrzeniach. Jeżeli tak, to wiedzcie, że w Portrecie kobiety w ogniu to wszystko wydarza się mocniej i intensywniej.

Sciamma serwuje też bardzo niespodziewane zakończenie. Gdy wszystko zdaje się dążyć ku spokojowi, tak naprawdę ostatecznie otrzymujemy filmowe subtelności, prowadzące do naszych emocjonalnych wybuchów. Szkoda, że ten film w połowie traci na chwilę (na momencik, naprawdę!) tempo, bo w wielu scenach ociera się o doskonałość. To jednak wciąż jeden z najważniejszych filmów tego roku.



Polub bloga na Facebooku