Polska walczy o Oscara, czyli „Boże Ciało”

W ubiegłym roku o polskim filmie na Oscarach było bardzo głośno. Zimna wojna z amerykańskiej podróży wróciła ostatecznie bez złotej statuetki, ale zapisała na swoim koncie trzy nominacje, w tym w ważnej reżyserskiej kategorii. Tym razem wybór padł na Boże Ciało – trzeci film Jana Komasy, który ma na swoim koncie dwa dzielące publiczność obrazy. Czy to dobry wybór? Czy Boże Ciało to udany film?

Jakiś czas temu zastanawiałem się, który tytuł może stanąć w barwach Polski do walki o Oscara. Raczej brakowało takiego oczywistego wyboru, jakim w ubiegłym roku był bez wątpienia film Pawlikowskiego. Szczerze, myślałem o Fudze Smoczyńskiej, która w końcu dała się już poznać amerykańskiej publiczności gorąco przyjętymi w Stanach Córkami Dancingu. Gdyby nie sukcesy w Wenecji (dwie nagrody) i bardzo dobre przyjęcie w Toronto, wybór Bożego Ciała na kandydata byłby przynajmniej zaskakujący. Jan Komasa jest ważnym młodym reżyserem, ale jego dwa ostatnie filmy bardziej dzieliły publiczność niż pozwalały na jednoznaczne stwierdzenie, że mamy do czynienia z kinem dobrym. Sala samobójców zestarzała się niemiłosiernie właściwie pod każdym względem i nie wiem, czy trafia ona jeszcze w ogóle do współczesnej młodzieży (chociaż do Turn Me On wciąż trudno się nie bujać), a Miasto 44 było wspaniałym wizualnym uniesieniem i jednoczesną świeżością w polskim kinie historycznym. Miało przy tym tendencję do popadania w kicz. Wszelkie wątpliwości, które krążyły wokół Bożego Ciała szybko zostały rozwiane przez pierwszy seans. To nie tylko dotychczasowy najlepszy film Jana Komasy, ale przede wszystkim nasz najlepszy możliwy kandydat do Oscara. Czy to oznacza, że w polskim kinie nic lepszego w tym roku nie zobaczymy?

To pytanie zawieszam. Przemyślmy je.

Wiara i religia – to słowa klucze Bożego Ciała. Jednocześnie – i tu zaczyna się pierwsze „ooo” z powodu zaskoczenia – nie jest to wielka krytyka, ukierunkowana na spektakularny przejazd po grzechach Kościoła, księżach i małomiasteczkowości mieszkańców wsi. Komasa wraz ze scenarzystą – Mateuszem Pacewiczem – bez wątpienia są krytyczni, ale ich Kościół nie jest miejscem pełnym obłudników, a wierni nie są hipokrytami totalnymi. Kościół to bardziej Instytucja zastała, nieatrakcyjna, paradoksalnie „nie dla ludzi”, szczególnie młodych. Wierni to przede wszystkim ludzie skrzywdzeni, dotknięci przez tragedię, nieumiejący naśladować swojego Boga i jego miłosierdzia. W tym wszystkim pojawia się fałszywy, podszywany ksiądz Tomek, który wprowadza do parafii bezkompromisową świeżość. Trochę nie dowierzamy, że to historia oparta na faktach, bo jak to nieprawdziwy duchowny, a trochę chcemy wierzyć. Do tego stopnia, że po jakimś czasie fałszywy ksiądz – w naszych oczach – zostaje tym księdzem, którym sam chce być, a niekoniecznie może. W dodatku takim wymarzonym, otwartym, który zamiast oceniać, rozmawia i słucha.

Boże Ciało pozwalam sobie odczytywać personalnie. Pochodzę z rodziny praktykującej, przyjmowałem kolejne sakramenty i wychowywałem się zgodnie z wartościami katolickimi. Nie było jakiegoś wyjątkowego buntu z mojej strony. To bardziej przypominało proces ukształtowania swoich poglądów i wartości, które nieco minęły się z tym, co mówi Kościół. Stało się. Teraz powiedziałbym, że wierzę, ale raczej nie pojawiam się na mszy. Prędzej zdarza mi się trafiać do kościoła indywidualnie, by posiedzieć, pomyśleć, wyciszyć się. Niekoniecznie też zgadzam się z naukami i piętnowaniem pewnych rzeczy, które według mnie piętnowane być nie powinny. Minęliśmy się i tyle.

Nie wspominam o tym przypadkowo. Boże Ciało Komasy jest niemal filmowym potwierdzeniem moich wątpliwości, wszelako związanych z religią i wiarą. W żaden sposób ich nie rozwiewa. Bardziej mówi o tym, co faktycznie mi przeszkadza. Choć w życiorysie nie mam poprawczaka i – o zgrozo, tym bardziej – nie chcę być księdzem, w przypadku religii i Kościoła, czuję się trochę jak filmowy Daniel/ksiądz Tomek. Czuję, jakby nie było tam dla mnie miejsca. To dość paradoksalne, bo przecież w Kościele jest dużo miejsca dla człowieka młodego. Niestety, bardzo bolą mnie radykalizmy, które oczywiście zdarzają się wszędzie, ale te pojawiające się w kwestii religii wybrzmiewają w mojej głowie znacznie dosadniej. Być może dlatego, że zupełnie się im wyłamuję. Razi mnie stricte tradycyjne myślenie, które często zamyka się na drugiego człowieka. Sprawia, że lepiej z góry ocenić, niż zrozumieć i poznać. Dlatego to filmowe poszukiwanie i ciągłe krążenie wokół tematu wiary tak mocno we mnie uderzyło. Myślę zresztą, że mniej lub bardziej dotrze do każdego, kto ma jakiekolwiek wątpliwości. Bo nie jest to film o kryzysie, a przede wszystkim o szukaniu i niepewności – nie tyle już samej wiary, co po prostu życiowej drogi.

Co w ogóle zaskakujące, w szczególności po tym, co napisałem, ten film jest na wskroś religijny. W tym wszystkim. W tej krytyce. W potwierdzaniu zarzutów. W zaznaczaniu moich wątpliwości. Pokazuje młodego człowieka, który wierzy. Trochę na swój sposób, z wielkim emocjonalnym bagażem, ale wierzy. Mimo że niewymuszona mądrość życiowa mija się z kościelną tradycją, spotyka się za to z dobrocią. I choć filmowy ksiądz Tomek księdzem nie jest, a jedynie umiejętnie odgrywa swoją rolę, to życzyłbym sobie, żeby każdy ksiądz był tak intensywny jak bohater Bożego Ciała. Takie długie przemyślenie, ale od kilku dni coraz więcej myślę o filmie Komasy. Zresztą, podobno najlepsze kino to to, które dociera do naszej głębi, prawda?

Sala samobójców i Miasto 44 to zupełnie inne filmy – pod względem estetycznym, gatunkowym i przede wszystkim tematycznym. Boże Ciało ma z nimi jednak jeden kluczowy wspólny mianownik – to ponownie film, w którym objawia się spojrzenie młodego człowieka. Tym razem jest to młody człowiek, który trochę wie, a trochę nie wie „jak żyć”. Formalnie Boże Ciało nie jest kinem nadzwyczajnie wyjątkowym. Pod względem poruszanego tematu jest jednak niewyobrażalnie świeże i myślę, że bardzo potrzebne. Zachwyca niekonwencjonalnym księdzem, jego tańcem do hipsterskiej elektroniki, szaleństwami na ołtarzu i najprostszą szczerością. Życzyłbym sobie, żeby szkoły zamiast na Legiony czy inne „Piłsudskie”, zabrały licealistów na Boże Ciało. Choć nie będzie to lekcja historii, myślę, że może to być lekcja życia. Wartościowe doświadczenie.

Gdzieś pomiędzy moimi refleksjami możecie wyczytać, że jestem zupełnie zachwycony. Mylicie się. Uważam, że Boże Ciało nie jest filmem idealnym. Świetnie opowiada. Rewelacyjnie wygląda. Skłania do refleksji. Jest genialnie zagrane przez Bartosza Bielenię i występującą na drugim planie Aleksandrę Konieczną, ale też Elizę Rycembel czy Łukasza Simlata. Ostatecznie zabrakło mi intensywności w samym finale. Było dosadnie, niepokojąco, a nawet przerażająco (raz odwróciłem nawet wzrok, a rzadko mi się to zdarza), ale nic Boże Ciało nie wyryło mi w sercu. Wyryło mi duży ślad w głowie, ale zapomniało o serduchu. To jednak wciąż jedno z moich najlepszych filmowych doświadczeń tego roku.

Wszelkie moje próby zdystansowania się do filmu skończyły się niepowodzeniem. Tak to już jest.



Polub bloga na Facebooku