Najlepsze filmy 46. FPFF w Gdyni i podsumowanko

Tydzień święta polskiego kina minął błyskawicznie. Rozpieszczała przede wszystkim pogoda. Filmy już mniej, choć nie zabrakło kilku tytułów, które w najbliższym czasie będą pozycjami obowiązkowymi w kinowych repertuarach. A już w ogóle najmniej rozpieszczały ostateczne werdykty. Na podsumowanie kilka słów o nich i o najlepszych filmach Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych.

Podczas tegorocznej edycji Festiwalu w Gdyni obejrzałem 19 filmów. Do zobaczenia Konkursu Głównego w całości zabrakło mi jedynie Mosquito State. Można było więcej, ale w tym roku postanowiłem zrezygnować z ultra szybkiego przemieszczania się pomiędzy salami kinowymi (nie mogę się przyzwyczaić do tego Heliosa w Rivierze) na rzecz spokojnej kawusi z Tłoku (byłem tam codziennie i jadłem ich przepyszne wypieki, polecam wszystkim i jak zawsze powtarzam, że to jedno z moich ulubionych miejsc) oraz nadmorskich spacerów. Szczególnie, że słońce dogrzewało swoimi promieniami prawie każdego dnia!

Początek Festiwalu nie był najlepszy. Albo po prostu ja miałem takie (nie)szczęście. Praktycznie wszystkie najsłabsze filmy wydarzenia obejrzałem w trakcie pierwszych dwóch dni i apetyt na kolejne doznania filmowe raczej malał. Negatywny niesmak pozostał, choć koniec końców 46. edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych była edycją z mocnymi nowymi głosami debiutantów i ważnymi dla polskiego kina tematami (triumfujące Wszystkie nasze strachy), potwierdzającą, że na naszym rodzimym podwórku będzie coraz ciekawiej.

Werdykty

No właśnie, triumfy. Zwyciężyły Wszystkie nasze strachy. Film, który wygrał przede wszystkim tematem i niezwykle wartościową dla naszej kultury postacią Daniela Rycharskiego. To bez wątpienia mocne kino, w którym hermetyczny katolicyzm brutalnie ściera się z homoseksualnością. Obowiązkowe do zobaczenia, normalizujące (a w naszym kraju nadal niestety jesteśmy na etapie normalizacji), zapadające w pamięć, ale (przynajmniej u mnie) nie w sercu. I chyba nie miażdżące aż tak, jak wskazywałyby głosy niektórych choćby podczas konferencji prasowej. To film potrzebny i myślę, że za to przede wszystkim nagrodzony. Z mojej perspektywy nagroda mogłaby trafić do Hiacynta, debiutanckich Innych ludzi, albo efekciarskiego Najmro. Ale Złote Lwy dla Wszystkie nasze strachy były nam po prostu niezbędne.

Jeżeli chodzi o aktorów, na pierwszym planie wśród nagrodzonych widziałem Marię Dębską za Bo we mnie jest seks, która ostatecznie opuściła galę ze statuetką. U panów typowałem Tomasza Ziętka za którąkolwiek z jego ról lub Macieja Stuhra za chyba najlepszą w swojej bogatej karierze kreację w Powrocie do Legolandu. Z nagrodą skończył Jacek Beler. Nie narzekam. Bacznie przyglądałem się drugiemu planowi w przypadku aktorek. Choć moje kandydatki do nagrody pogodziła Sławomira Łozińska za Lokatorkę, nie mogę nie wspomnieć o świetnych rolach Małgorzaty Foremniak w Sonacie, Marii Maj we Wszystkie nasze strachy, Magdaleny Koleśnik oraz Sonii Bohosiewicz w Innych ludziach czy o Weronice Książkiewicz, która – podobnie do Stuhra – w Powrocie do Legolandu była najlepsza w swojej filmowej karierze.

Na drugim planie u panów wyróżniony został Andrzej Kłak za Prime Time. Wybór ciekawy, choć mam wrażenie, że podczas Festiwalu w ogóle zapomniałem o obecności filmu Piątka w Konkursie. U mężczyzn na drugim planie raczej brakowało w tym roku jakichś bardziej wyrazistych występów. Może mógłby to być Simlat w Sonacie? Może Kalita, w którymkolwiek z czterech występów? Ciężko powiedzieć. Nagroda za scenariusz powędrowała do Marcina Ciastonia za Hiacynta – mój ulubiony, wspaniały werdykt. Najlepsza reżyseria dla Łukasza Grzegorzka za Moje wspaniałe życie? Wielkie niespodziewane. Czy zasłużenie? Według mnie byli lepsi. Rozminąłem się z tegorocznymi werdyktami bardzo. Ale po zwycięstwie Obywatela Jonesa Agnieszki Holland sprzed dwóch lat powinienem się chyba przyzwyczaić.

Najlepsi i najgorsi

Piątkę najsłabszych filmów 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wskazać jest mi łatwiej niż piątkę najlepszych. Wybór jest klarowny. Po pierwsze, Przejście z Konkursu Głównego, które po wspaniałym punkcie wyjścia przebywania pomiędzy życiem a śmiercią, nie miało do zaoferowania niczego poza nieudolną próbą budowania mistycznej atmosfery etapu tytułowego przejścia. Po drugie, Po miłość / Pour l’amour z Konkursu Filmów Mikrobudżetowych, którego autoironiczność sprawiała wrażenie niedorzecznej w obliczu dramatu głównej bohaterki (Jowita Budnik jak zawsze trzymająca wysoki poziom!). Po trzecie i czwarte, oba historyczne tytuły Konkursu Głównego – Ciotka Hitlera oraz Śmierć Zygielbojma – będące wtórnym kinem historycznym w najgorszym wydaniu. Po piąte, mocno rozczarowująca Lokatorka, w której przez jakiś czas oglądamy bardzo dobrą Sławomirę Łozińską, ale twórcy oferują nam zagadkę kryminalną, realizacyjnie przywodzącą na myśl Smoleńsk (naprawdę, przez cały seans to widziałem i była to pierwsza rzecz, którą powiedziałem po wyjściu z sali). Aż żal, że taka historia dotycząca skandalu reprywatyzacyjnego została zmarnowana.

Piątka najlepszych? Oto oni:

5. Powrót do Legolandu
reż. Konrad Aksinowicz

Piątkę otwiera spora niespodzianka 46. Festiwalu w Gdyni: Powrót do Legolandu (w kinach pojawi się pod mniej chwytliwym tytułem Powrót do tamtych dni). Film-emocjonalne trzęsienie Ziemi, którego – co ciekawe – nic nie zapowiada. A to dlatego, że na początku mniej lub bardziej (ja trochę mniej) przepadamy w kolorowej nostalgii za dziecięcą, niewinną przeszłością, w której LEGO jest towarem luksusowym i pożądanym, a nową koleżankę z klasy można wyrwać na magnetowid i kasety wideo. Problematyka zaawansowanego alkoholizmu rodzica pojawia się tam niemal jak grom z jasnego nieba, porażając swoją bezkompromisowością, w której znakomicie odnalazł się wcielający się w uzależnionego ojca Maciej Stuhr. Choć sam nie płakałem, widziałem na sali łzy. Słyszałem podczas filmu reakcje na to, co w swoim filmie pokazuje Aksinowicz. Nie tylko za ten portret alkoholika, ale też portret dziecka alkoholika, które momentalnie musi zmierzyć się z innym życiem, wielkie chapeau bas.

4. Hiacynt
reż. Piotr Domalewski

Logo Netflixa na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni? Widok nowy, choć w tym przypadku na szczęście idący w parze z jakością. Gdyby nie zagraniczny gigant, być może na ekranizację scenariusza Marcina Ciastonia jeszcze długo musielibyśmy czekać. Nic dziwnego, Hiacynt dotyczy akcji mającej na celu prześladowanie homoseksualistów w PRL‑u oraz poszukiwania tożsamości przez głównego bohatera. Może i pod koniec wątek kryminalny ucieka nieco twórcom z pierwszego planu, ustępując miejsca równie ważnemu tutaj „odnajdywaniu siebie”. Koniec końców jest to jednak kino na polskim podwórku wyjątkowe – zachwycające realizacyjnie, pochłaniające dość kontrowersyjnym tematem, idące chyba trochę dalej niż inne filmy dotyczące tematyki LGBT, które dotychczas oglądaliśmy w polskim kinie. Dodajmy do tego rewelacyjnego Tomasza Ziętka na pierwszym planie, genialną Agnieszkę Suchorę wcielającą się w matkę głównego bohatera, która kradnie każdą sekundę ze swoim udziałem, muzykę Wojtka Urbańskiego, te niesamowicie klimatyczne zdjęcia. Bardzo dobre kino, które świetnie się ogląda!

3. Inni ludzie
reż. Aleksandra Terpińska

Nakręcić film na podstawie powieści Doroty Masłowskiej, który koniec końców jest lepszy niż ta powieść, to nie lada wyczyn. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że Aleksandra Terpińska jest debiutantką. Jej Inni ludzie to rapowy trans, w którym przepada się od początku do samego końca, a moje wszelkie obawy o wyczerpanie się formy (co też było moim głównym zarzutem wobec innej ekranizacji książki Masłowskiej Wojny polsko-ruskiej w reżyserii Xawerego Żuławskiego), okazały się zupełnie bezpodstawne. Rapowy trans, który, odegrany i wypowiedziany przez bohaterów, oddziałuje sto razy mocniej niż literacki pierwowzór przeczytany w domowym (w moim przypadku pociągowym) zaciszu. To też świetne kreacje aktorskie – na Magdalenie Koleśnik rozpoczynając, idąc przez Sonię Bohosiewicz, kończąc na Marku Kalicie. Warner Bros. Pictures wjeżdża na polskie podwórko filmowe z impetem!

2. Najmro. Kocha, kradnie, szanuje
reż. Mateusz Rakowicz

Mój ostatni film widziany podczas tegorocznego Festiwalu w Gdyni, który – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – okazał się zamknięciem idealnym. Bez najmniejszego zawahania mogę powiedzieć, że Najmro. Kocha, kradnie, szanuje to mój ulubiony tytuł Konkursu Głównego, stanowiący popularną wisienkę na torcie mojego tygodnia z polskim kinem. Poczułem ten film w zasadzie od samego początku, gdy audiowizualny przesyt, towarzyszący otwarciu w rytm Nic nie może wiecznie trwać Anny Jantar, przyprawił mnie o ciary ekscytacji i świeczki filmowego podniecenia. Dalej nie było w ogóle gorzej, a Rakowicz – kolejny tutaj reżyser debiutant – porwał mnie wyluzowaną historią (bo jak się okazuje choćby z Wikipedii, główny bohater wcale nie był taki fajny) Zdzisława Najmrodzkiego, znanego jako król ucieczek, który ostro grał na nosie ówczesnej milicji. Wcielający się w niego Dawid Ogrodnik ma tę samą lekkość, którą uwiódł mnie kilka lat temu w sentymentalnym dla mnie Disco Polo, dorzucając tutaj do niej ujmującą zawadiackość. Ale to nie jedyna perła aktorska w obsadzie – nie można nie wspomnieć o Jakubie Gierszale, Sandrze Drzymalskiej, Robercie Więckiewiczu, Marcie Wągrockiej czy Dorocie Kolak, która jako buchająca matka Najmro jest znakomita. Szczerze żałuję, że to nie film Rakowicza jedzie reprezentować Polskę na Oscarach.

1. Piosenki o miłości
reż. Tomasz Habowski

Uwielbiam takie filmowe niespodzianki, które trochę po cichu pojawiają się w programie festiwali, by potem uwieść swoją niepowtarzalnością. Piosenki o miłości to dość prosty film. Zamykając wszystko w skromnych dwóch zdaniach, to historia uczucia, które rodzi się pomiędzy początkującym producentem i młodą kelnerką. On jest wierzącym w swoje marzenia synem znanego aktora, który ma przed sobą wielkie perspektywy, choć wisi nad nim widmo popularności ojca. Ona zaś dziewczyną mocno osadzoną w rzeczywistości, dla której od marzeń ważniejsze jest to co tu i teraz. Brzmi dość klasycznie? Tak też jest. Jednak to, jaką Tomaszowi Habowskiemu (trzeci debiutant w najlepszej trójce Festiwalu!) udaje się tutaj zbudować atmosferę, jest zupełnie unikatowe. Czarujące. Wyjątkowe. Wielka w tym zasługa również innej dwójki – Kamila Holdena i Justyny Święs, którzy muzycznie dostarczają rzeczy przepiękne. Przepiękny jest też ten film, ujmujący od początku do ostatniej sceny, będącej jedynie pozornym zamknięciem przeżywania tego filmu. Obok Obiecującej. Młodej. Kobiety., która jest dziełem niemal z przeciwległego bieguna, Piosenki o miłości to najlepszy film, jaki w tym roku oglądałem w kinie. I gdybym miał wskazać prawdziwego zwycięzcę tego Festiwalu, to byłby to właśnie ten tytuł. Mikrobudżet, który przewyższył klasą i prześcignął wszystkie filmy pełnometrażowe na tegorocznym Festiwalu w Gdyni.



Polub bloga na Facebooku