„Normalni ludzie” Sally Rooney | My, millenialsi…

Nominacja do Nagrody Bookera, obecność wśród ulubionych książek Baracka Obamy, a do tego odważne słowa zagranicznej krytyki, że oto mamy do czynienia z jedną z najważniejszych powieści ostatnich lat czy nawet z fenomenem dekady. Otwarcie zastanawiam się, czy Normalni ludzie Sally Rooney to aż tak rewelacyjna książka, bo aktualności czy autorskiej spostrzegawczości nie można jej odmówić. Tylko co z tym, co czyni Normalnych ludzi wyjątkowymi?

Marianne i Connell żyją tuż obok siebie, choć pochodzą z dwóch różnych światów. Mieszkają w niewielkim mieście, jednym z tych, z których chce się jak najszybciej uciec. Chodzą do tej samej szkoły, ale na korytarzu mijają się bez słowa, unikają swoich spojrzeń, chociaż łączy ich więcej niż wspólne lekcje. Ukrywanie tej znajomości nie jest trudne, komplikacje zaczynają się wtedy, gdy między dwojgiem nastolatków budzi się uczucie. (fragment opisu wydawcy)

W ogóle, zacząłem się zastanawiać po lekturze, kim są współcześnie Ci normalni ludzie. W takim sensie, że nawet jeżeli ktoś działa stricte według tego, co uznajemy za „normalne”, czyli powiedzmy związane z obowiązującymi normami, to mimo wszystko i tak musi być to naznaczone jakimś indywidualizmem, który sprawi, że normalne przestaje być normalne dla kogoś innego. Wszystko zależy od punktu widzenia, siedzenia i w ogóle uważam, że określenie „normalny” jest okropne. Pliska, bądźmy sobą, ale – będąc sobą – bądźmy też „jacyś”. Taki off-top.

Ku mojemu (miłemu) zaskoczeniu, Sally Rooney w swojej książce (całkiem zgrabnie) opowiada przede wszystkim o miłości. Oczywiście na tym najbardziej podstawowym poziomie. Nie jest to miłość, w której doświadczymy jakiegoś spektakularnego happy endu, czy – nie daj Boże – wielkiego finałowego nieszczęścia. Nie jest to też miłość, do której kultura zdołała nas przyzwyczaić – głęboka, wyjątkowa, ubrana w jakieś podniosłe słowa. To bardziej uczucie, którego pojęcie zostaje postawione pod wielkim znakiem zapytania. Relacja przepełniona niemożliwością spełnienia, w której ciągle tli się coś, co możemy w tym przypadku nazwać miłością, ale wciąż nie wiemy czy jest to faktycznie ona. Bo choć dwa magiczne słowa padają, to czy są szczere? Czy są prawdziwe? Czy chodzi o miłość miłość, czy bardziej o miłość fizyczną, platoniczną, przyjacielską, czy jakąkolwiek inną? Jesteśmy i nie jesteśmy. Możemy, ale jednocześnie nie możemy. Chcemy i w sumie nie chcemy tej miłości. Millenialsi – słowo klucz w miłosnej opowieści Sally Rooney. Pokolenie niezdecydowania. Pokolenie podobania się. Pokolenie bycia fajnym.

Między wierszami miłosnej opowieści, Rooney porusza kwestie, które bywają mniejszymi lub większymi problemami „igreków”. Na pierwszy plan wybija się bez wątpienia nieprzystosowanie oraz pozycja, która zmienia się w zależności od środowiska. Tu jesteś kimś, tam w zasadzie nikim. Lubią Cię, bo masz odpowiednie kontakty z kimś z grupy i w zasadzie dlatego jesteś tolerowany, ale gdy je tracisz, ponownie znajdujesz się w pozycji “szarości”. Oczywiście, jeżeli nie masz wystarczającego statusu, by być kimś fajnym. On też jest ważny i nie chodzi tylko o czysty materializm. W cenie jest też intelekt, a posiadanie stypendium dublińskiego uniwersytetu już winduje Cię odpowiednio w hierarchii. Tu znów rodzą się różnice w pragnieniach dotyczących własnego życia oraz postawionych sobie celach, ale też odmienne postrzeganie siebie pośród innych jednostek: dostosowanie się czy zwykłe odgrywanie wersji siebie zupełnie nie idą w parze z byciem sobą. Niestety. Do tego dochodzą bolączki młodych ludzi, schorzenia XXI wieku, które nie dotykają już tylko tych najsłabszych, oraz szybka satysfakcja, bo w takiej kulturze żyjemy. Niby najbardziej dostosowani do współczesności, a jakby niedostosowani. A ta miłość tak się w Normalnych ludziach ciągle tli. Pomimo wszystkiego. I – co chyba w tej książce najgorsze dla czytelnika – tli się tak do samego końca.

W sieci jest już teaser serialu BBC, będącego ekranizacją książki, którego reżyserią zajął się Lenny Abrahamson, odpowiedzialny wcześniej za oscarowy Pokój czy rewelacyjnego Franka. To może być naprawdę dobre!

Świetnym zabiegiem zastosowanym przez Rooney jest wyrywkowość. Te dziejące się co kilka miesięcy życiowe wyrywki w formie rozdziałów, idealnie odpowiadają cząstkowości uczucia głównych bohaterów. Podkreślają też pewien bezsens (odczuwany przede wszystkim przez czytelnika), który narodził się pomiędzy nimi. Bezsens tak naprawdę przepełniony sensem – banalnie brzmiącą chęcią trwania obok siebie. Jednocześnie ta chęć zderza się z łatwością rozstania, bo tutaj czasy „bez siebie” przeplatają się z momentami „ze sobą”. Może nie jest to książka, która jakoś wybitnie dotyka emocjonalnie, ale po przeczytaniu Normalnych ludzi było mi autentycznie smutno. A czasami paradoksalnie ten prosty smutek bywa jeszcze gorszy.

I gdzie jest ten fenomen? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie i nawet nie będę próbował. Dla niektórych może być to najnormalniejsze (ugh, to słowo…) romansidło. Założę się, że tak jest. Dla mnie to bardzo współczesna opowieść o relacjach między ludźmi – miłosnych, ale nie tylko. Lubię też to, jak Rooney opowiada. Niby jest lekko, momentami zabawnie, czasem uroczo, narracyjnie dość szybko, ale jednocześnie Normalni ludzie są w stanie nas zatrzymać. A jeszcze jak dostrzeżesz w nich siebie i swoje otoczenie, to w ogóle stoisz w miejscu, zastanawiając się, gdzie postawić kolejny krok. Odcinam się od „literackiego fenomenu dekady” z The Guardian oraz od tego, że „Sally Rooney jest głosem millenialsów” z The New Yorker. To bardzo dobra książka, trafna i wiarygodna.



Polub bloga na Facebooku