„Nic nie ginie” | Komedia na smutno

Dzisiaj do polskich kin miał trafić debiutancki film Kaliny Alabrudzińskiej Nic nie ginie. Koronawirus niestety skutecznie krzyżuje kinowe plany dystrybutorów. A szkoda, bo na ten film w repertuarze czekałem wyjątkowo mocno. Bowiem na polskim podwórku jest to kolejny powiew świeżości, którym nie sposób się nie zachłysnąć.

Klaudia, osaczona przez krytyczną matkę, obsesyjnie niesie pomoc innym. Przemek wielbi Polskę i nienawidzi głupich ludzi. Czyli wszystkich. Donatello kocha żółwie błotne, Aktor – tylko siebie. Maja żyje i chilluje jak Netflix przykazał. Wszyscy biorą udział w terapeutycznym turnusie pod troskliwym okiem Remka. I tworzą najsmutniejszą komedię roku. (opis producenta)

W wywiadach, Kalina Alabrudzińska określa Nic nie ginie jako przedstawiciela smutnej komedii, nowego gatunku filmowego. Nie ma chyba lepszego podsumowania jej debiutanckiego filmu, opowiadającego o młodych ludziach w sposób słodko-gorzki. Bohaterowie radzą sobie raz lepiej, raz trochę gorzej ze światem codziennym – z emocjami, otaczającymi ich ludźmi, własnymi myślami, ale też z samymi sobą. Każdy z nich otrzymuję ekranową chwilę na prezentację kwintesencji swojego życia; wyciętej sytuacji, która definiuje miejsce, w jakim obecnie dana jednostka się znajduje. Potrzeba atencji, nieumiejętność stworzenia relacji z drugim człowiekiem, kreacyjność, życiowy bezsens… Młodzi ludzie u Alabrudzińskiej są samotni, a ich wyobcowanie reżyserka ubiera w bardzo delikatny, niemal muskający nas humor. Ostatecznie sporo się uśmiechałem, z dobre dwa czy trzy razy porządnie zabrechtałem (pamiętajcie: nie przytulamy, kiedy wszy mamy!), ale koniec końców nie było się z czego śmiać. My, młodzi ludzie, trochę tacy jesteśmy – mniej lub bardziej zagubieni. 70-minutowa, pełna uśmiechu ze łzami w oczach, (nie)przyjemna diagnoza nas.

Na swojej ostatniej płycie Gaja Hornby, Margaret w tytułowej piosence śpiewa, że ma 27 lat i się kręci. Mam wrażenie, że nie tylko ona. Zawsze jak myślę o sobie, o niektórych moich znajomych, trochę mam wrażenie, że my wszyscy się tak kręcimy. Z kąta w kąt. Coś tam chcemy, coś tam spieprzymy. Yaas.

Zastanawia mnie bardzo mocno znaczenie tytułu. Nic nie ginie – na myśl od razu przychodzi mi powrót do przeszłości, który pojawia się non stop w rozmowach terapeutycznych, również tych filmowych. Opowiadanie o dzieciństwie, rozmowy o relacjach i naszych emocjach. Trochę tak, jakby przeszłość w nas nie ginęła, ponieważ to, co doświadczymy, co czujemy, ma bezpośredni wpływ na nasze kształtowanie. Na to, kim jesteśmy. W przyrodzie nic nie ginie, ale w nas też nie. A potem słyszymy „weź się w garść”. Zresztą coś podobnego mówi filmowa Krystyna, gdy przejmuje pałeczkę prowadzenia spotkania od terapeuty (rewelacyjny Dobromir Dymecki). I w sumie ma rację. Tylko jak?

Lubię też to, co z Nic nie ginie można zrobić po seansie, a mianowicie dołączyć do tego terapeutycznego kółka, dostawić sobie krzesełko, i zastanowić się, kim się było kiedyś, kilka lat temu, jaką się przeszło drogę, i kim się jest teraz.

Nic nie ginie, to kolejny film dyplomowy łódzkiej filmówki, po fenomenalnym Monumencie Jagody Szelc, intrygujący świeżością, sposobem opowiadania, ale też rolami młodych aktorów. Mam oczywiście swoje ulubione występy oraz epizody, chociaż każdy z pojawiających się w filmie jest przynajmniej dobry! Po pierwsze, niosąca wszystkim pomoc Klaudia oraz występująca w tej roli rewelacyjna Zuzanna Puławska. Po drugie, łaknący uwagi aktor oraz świetny Piotr Pacek. Aktor filmowy, ale też życiowy, a życiowe aktorstwo jest w tym wątku zdecydowanie najciekawsze. Po trzecie, Maja (w tej roli charyzmatyczna Wiktoria Filus) oraz jej nietypowe spotkanie. Ponownie śmiech przez łzy. Czwartym ulubionym bohaterem jest żółw Krzysio, który jak typowy żółw idzie gdzie indziej, niż chcesz, żeby poszedł.

Jestem totalnie zachwycony. To kino trafiające w punkt. Delikatne i dosadne. Wydaje mi się też, że przystępne dla widza. Urocze i jednocześnie naprawdę gorzkie, szczególnie po seansie. Mój ubiegłoroczny ulubieniec z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (gdzie zdecydowanie zasługiwał na udział w Konkursie Głównym), którego po przedpremierowym re-watchu lubię jeszcze bardziej. Kameralne, trafiające do serducha, ładnie zrealizowane debiutanckie kino. Wspaniałości, których na polskim podwórku w zeszłym roku nie mieliśmy zbyt wiele. Zobaczymy, jak będzie w 2020. Zacieram rączki też na netflixowy serial komediowy Sexify, przy którym Kalina Alabrudzińska będzie współpracować z Piotrem Domalewskim, który prawie trzy lata temu debiutował genialną Cichą nocą. Co powstanie z takiego połączenia?



Polub bloga na Facebooku