Najlepsze filmy 44. FPFF w Gdyni i narzekanko

Tegorocznej edycji FPFF w Gdyni nie wspomina mi się najłatwiej. To wciąż moje ulubione filmowe wydarzenie na mapie Polski, ale spośród czterech edycji, w których miałem przyjemność uczestniczyć, ta była zdecydowanie najsłabsza. Moja miłość do polskiego kina się nie zmienia, ale z niepokojem patrzę na to, co przywykło nazywać się „świętem polskiego kina”. Patrzę i trochę nie dowierzam.

Najlepszym filmem okazał się Obywatel Jones w reżyserii Agnieszki Holland, który na początku roku walczył w Berlinie o Srebrnego Niedźwiedzia. Powiedzmy to wprost, wybór słaby. Film – przez wiele osób zmiażdżony – dla mnie był solidnym kinem politycznym, zrealizowanym z hollywoodzkim zacięciem, poruszającym i przerażającym jednocześnie obrazem przedwojennej Ukrainy, ostatecznie całkowicie zwykłym, czasami przydługawym i w ogóle niewybijającym się na tle swoich konkurentów. Jeżeli jury chciało wybrać „polskie kino międzynarodowe”, to dużo lepszym wyborem byłaby Ukryta Gra, która ostatecznie zakończyła Festiwal z Nagrodą Specjalną. Już na poziomie samej historii znacznie ciekawsza i świeższa, bo nie tylko polityka, ale i szachy. Bez większego zastanowienia jestem w stanie wymienić pięć innych filmów, które zasługiwały na główne wyróżnienie dużo bardziej i były lepsze w zasadzie na każdym poziomie. To trochę tak, jakby członkowie jury chcieli nas koniecznie zaskoczyć, bo przez ostatnie lata zwyciężali faworyci, to stwierdzili: zmieńmy tę tendencję. Szkoda, że zaskoczenie okazało się negatywne, a zamiast zrobić niespodziankę zwycięstwem debiutanckiej Supernovy, albo nagrodzeniem dzielącej Mowy ptaków, najbardziej niejednoznacznego filmu Festiwalu, postawili na bezpieczny film, znane nazwisko i wyszło jak wyszło.

O samych nagrodach wiele nie powiem, tylko wrzucę jako dygresję moje stwierdzenie, że Magdalena Boczarska była bardzo dobra w Piłsudskim i może zasługiwała na jakąś nagrodę, ale na pewno nie za pierwszy plan. Zostawię tutaj tylko nazwisko Krystyny Jandy i przechodzę dalej.

Pozostawiając już w spokoju Agnieszkę Holland i Jonesa, brakuje Innego Spojrzenia. Tego „drugiego konkursu”, w którym liczyły się eksperyment, emocje i unikatowość. Brak ten spowodował dwie tendencje. Pierwsza, o której wspominało dużo osób podczas Festiwalu i również po jego zakończeniu, to niezauważenie kina artystycznego. Ponownie powraca tutaj Mowa ptaków, której pominięcie przez jury smuci chyba najbardziej. Ale nie tylko. Myślę, że męcząca i piękna Dolina Bogów Lecha Majewskiego czy nawet Interior Marka Lechkiego pasowałyby tam bardziej niż do Konkursu Głównego. Druga tendencja jest znowu dla mnie smutniejsza – odebranie filmom szansy na walkę o jakąkolwiek nagrodę i zamknięcie ich w Panoramie Polskiego Kina. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby Nic nie ginie, Eastern czy Zgniłe uszy – trzy debiuty – nie miażdżyły poziomem połowy stawki z Konkursu Głównego i jednocześnie nijak pasowały do innych tytułów z sekcji Panorama. Bo tu autorskie spojrzenie, a obok Całe szczęście, Na bank się uda i Fighter.

Nie zobaczyłem Solid Gold, bo działo się wokół tego filmu tyle, że ostatecznie wybrałem wieczór ze znajomymi niż organizowany na ostatnią chwilę pokaz prasowy. Nie żałuję.

Sam Festiwal rozczarował przede wszystkim poziomem filmów – do listy słabych czy przeciętnych filmów, którą jeszcze przed Festiwalem otworzyło Ciemno, prawie noc oraz Kurier, dopisałbym Legiony, Proceder, Czarnego mercedesa, Piłsudskiego oraz Żelazny most, którego w tej stawce szkoda mi chyba najbardziej. Zawiodło mnie też bardzo Wszystko dla mojej matki, ledwo przetrwałem Dolinę Bogów, wciąż szukam rozwiązania Interiora, a Pan T. – ciepło przyjęty na Festiwalu – mnie pozostawił z zupełną obojętnością. Co było jednak według mnie najlepsze? Lista potencjalnych kandydatów niby drastycznie się skróciła, ale wybór ulubionej piątki wcale nie był taki łatwy. Poza pierwszą trójką, za każdym razem brakowało mi jednoznacznego „to był ten film”. Ale spróbuję. Oto ona. Prezentuję.

Nie czuję, że rymuję. Proceder chyba wszedł za bardzo, może niepotrzebnie ludzie nim tak gardzą.
XDDDD

WYRÓŻNIENIE
Mowa ptaków
reż. Xawery Żuławski

Wyróżniona Nagrodą Jury Młodych (to piękny wybór idący pod prąd festiwalowej tendencji!), Mowa ptaków to filmowa jazda bez trzymanki, pełna odniesień do twórczości Andrzeja Żuławskiego, a może i nawet samego Andrzeja Żuławskiego, bez tego dopisku o twórczości. To był ten seans spod znaku „nie wiem, ale naprawdę mi się podobało” i chyba najważniejsze w tym wszystkim było zaintrygowanie oraz pobudzenie mojej „ciekawskości”. Polecono mi lekturę książki Żuławski. Szaman Aleksandry Szarłat, która podobno mi co nieco rozjaśni. Czy polecam? I tak, i nie. To zdecydowanie film nie dla każdego. Mimo że finalnie mi się podobał, uważam poniekąd, że też nie dla mnie. Ale wiedzcie, że bardzo rzadko coś takiego zdarza się w polskim kinie. Ba, czy w ostatnim dziesięcioleciu się w ogóle zdarzyło?

5. Me Voy
reż. Sara Bustamante-Drozdek

Ranking najlepszych filmów zacznę nietypowo. Na piątym miejscu zamieszczę krótkometrażowkę, którą postanowiłem pogodzić bijące się o to miejsce w mojej głowie długie metraże z Konkursu Głównego. Zadziałała nostalgia, a stylizacja Me Voy na telenowelę, choć do bólu przerysowana i sztuczna (tak, jeszcze sztuczniejsza niż sztuczne są oryginalne telenowele), skradła serduszko Pawła, który jako dziecko oglądał z babcią wszelkie telenowele, przepadając w Zbuntowanym Aniele, Cenie marzeń czy Prawie pożądania. Tak było. Co ciekawe, ukryta w filmie telenowela okazała się dużo ciekawszym światem niż świat filmowy, w którym Klara (bardzo dobra Marianna Zydek) stara się zakończyć związek ze swoim chłopakiem. Nieidealny, nierówny, ładnie zrealizowany, skradł moje zastałe podczas Festiwalu serce.

4. (Nie)znajomi
reż. Tadeusz Śliwa

Sam jestem zaskoczony, że remake wielkiego włoskiego hitu Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie znalazł się tuż za podium w mini rankingu najlepszych filmów Festiwalu w Gdyni. I choć jest to bez wątpienia bardzo udana odpowiedź na pierwowzór, który odniósł niebywały sukces, obecność tego tytułu w zestawieniu mówi co nieco o poziomie tegorocznego Konkursu Głównego. To zabawny, lekki, świetnie zagrany przez całą siódemkę film, który bardzo zasługuje na komercyjny sukces. Pisałem już o nim na blogu więcej, więc pozwolę sobie odesłać Was do tekstu. Jeżeli chcecie się rozluźnić, w najbliższy piątek (Nie)znajomi trafiają do kin.

3. Ikar. Legenda Mietka Kosza
reż. Maciej Pieprzyca

Po rewelacyjnym Chce się żyć i bardzo dobrym Jestem mordercą, Maciej Pieprzyca nie obniża poziomu. Powiedziałbym nawet, że Ikar. Legenda Mietka Kosza sprawia, że reżyser staje się w pewnym sensie znakiem jakości w polskim kinie. Pod względem historii raczej nie wychodzi poza schemat typowego filmu biograficznego. Ma za to w obsadzie Dawida Ogrodnika i Justynę Wasilewską, a wśród twórców odpowiadającego za fenomenalną muzykę Leszka Możdżera oraz Witolda Płóciennika, który przepięknie portretuje świat bohatera. Z perspektywy czasu coraz bardziej narzekam na zakończenie, ale i tak się zachwycam. Szczególnie Ogrodnikiem.

2. Boże Ciało
reż. Jan Komasa

To powinien być zwycięzca Złotych Lwów. Choć nieidealny, to niezwykle aktualny. Mimo że podejmujący temat uniwersalny, który trudno poddać wiekowej klasyfikacji, potrzebny w szczególności młodemu człowiekowi, młodej polskiej widowni. Historia chłopaka z poprawczaka, który udaje księdza w małej parafii, to prawdziwa lekcja wiary, ale też obraz podjętej próby walki z losem, na który jest się w pewnym sensie skazanym. Nie mniej niż Dawid Ogrodnik, na nagrodę aktorską zasługiwał fenomenalny Bartosz Bielenia, w przypadku którego mówi się czasami nawet o jednej z najlepszych ról w polskim kinie ostatnich lat. Nie można nie wspomnieć o dwóch partnerujących mu aktorkach – nagrodzonej Elizie Rycembel i perfekcyjnej Aleksandrze Koniecznej. Powtórzę słowa ze swojego tekstu o Bożym Ciele: życzyłbym sobie, żeby szkoły zamiast na Legiony czy inne „Piłsudskie”, zabrały licealistów na Boże Ciało. Choć nie będzie to lekcja historii, myślę, że może to być lekcja życia. Wartościowe doświadczenie. A tutaj przeczytacie cały tekst.

1. Nic nie ginie
reż. Kalina Alabrudzińska

Pisząc o najciekawszych filmach w programie Festiwalu, pisałem, że Nic nie ginie może powtórzyć sukces Monumentu. Powtórzyło. Choć film Jagody Szelc jest mimo wszystko nieco lepszy, stanowiąc przeżycie totalne z ubiegłorocznego FPFF w Gdyni, debiut Kaliny Alabrudzińskiej również kończy na moim festiwalowym szczycie. Trochę się wahałem pomiędzy tym filmem a Bożym Ciałem, ale ostatecznie postanowiłem postawić na debiut, który – gdyby znalazł się w Konkursie Głównym – mógłby ukraść nagrodę za pierwszy film Bartoszowi Kruhlikowi i jego naprawdę dobrej Supernovie. Zupełnie przepadłem w tych krótkich epizodach każdej postaci. W tym niespiesznym uroku, niewymuszonym humorze i niezwykłej podróży przez życiowe zakamarki bohaterów, w których można odnaleźć samego siebie. Genialny. Niechże złapie ten film jakiś dystrybutor. Może ponownie film dyplomowy odda szerszej publiczności Velvet Spoon? Byłoby wspaniale!

A JAKIE SĄ WASZE WRAŻENIA PO FESTIWALU POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH W GDYNI? CHĘTNIE POZNAM WASZYCH FAWORYTÓW!



Polub bloga na Facebooku