„Matthias i Maxime” | (Nie)zły Xavier Dolan

Po sromotnej porażce, jaką w oczach międzynarodowych krytyków okazał się pierwszy anglojęzyczny film Xaviera Dolana The Death & Life of John F. Donovan, długo nie musieliśmy czekać na reżyserską odsiecz Kanadyjczyka. Ubiegłoroczny Festiwal w Cannes przyniósł jego obraz Matthias i Maxime, który jest filmem niezłym. Ale czy satysfakcjonującym?

Maxime właśnie wybiera się na dwa lata do Australii. Chce pozostawić za sobą nie tyle Kanadę, co pracę w barze, uczuciowe niespełnienie i nieustanne kłótnie z matką, którą musi się zajmować. Kilka ostatnich tygodni przed wyjazdem spędza z paczką starych przyjaciół: piją piwo, palą papierosy, grają w kalambury, obrażają się i godzą. Dla nieśmiałego Maxime’a, po którego twarzy, niczym łza, spływa czerwone znamię, kumple stanowią namiastkę kochającej i akceptującej rodziny. Jednym z najbliższych przyjaciół chłopaka jest Matthias, początkujący prawnik zmierzający wprost do kariery i ślubu. Sprecyzowane plany obu chłopaków pokrzyżuje jednak pewna impreza, podczas której zagrają w studenckim filmie, w scenie pocałunku. Spotkają się w niej, ubrane w almodovarowskie błękit i czerwień, tłumione latami uczucia i nieoczekiwanie odkryte pożądanie. Czy bohaterowie odważą się z nimi skonfrontować? (opis dystrybutora)

Od 2012 roku kocham się filmowo w Xavierze Dolanie. To wtedy po raz pierwszy zaserwowałem sobie Zabiłem moją matkę, które uderzyło mnie swoją pretensjonalnością. Jednocześnie przepadłem w tym kolorowym, pięknym wizualnie świecie, może nieco przekrzyczanym, egzaltowanym, czy pełnym dziwacznych sprzeczności. Później były subtelniejsze w wydźwięku, ale jeszcze mocniejsze w sposobach wyrazu Wyśnione miłości, a potem najbardziej narcystyczny Dolan i jego Na zawsze Laurence, które piastuje nieustannie pierwsze miejsce wśród moich ulubionych filmów ever. Moderat i deszcz ubrań, Fred, sam Laurence, zdjęcia, przewspaniała historia i te najpiękniejsze na świecie dłużyzny. Tak, po Na zawsze Laurence przepadłem już całkowicie. Zachwyciłem się najcieplej przyjętą przez krytyków i widzów Mamą, choć chyba bardziej zakochałem się w nieco mroczniejszej twarzy Dolana z Toma. Podobał mi się nawet przerysowany To tylko koniec świata, a w szczególności wykorzystane przez reżysera „majja-hi, majja-ho” O‑Zone, które zyskało tam niemal drugą młodość. Myślałem przez moment, że do Xaviera podchodzę w sposób bezkrytyczny, ale jednak nie. Jego ósme dziecko wywołało we mnie tak skrajne odczucia, że choć bardzo staram się ten film polubić, nie potrafię.

Opuszczając sale kinową podczas Nowych Horyzontów, pomyślałem, że Dolan powinien rozważyć romans z Brazylią, bo być może zrealizowałby tam jakąś rewolucyjną telenowelę, która wprowadziłaby do tego charakterystycznego gatunku małą nutkę artyzmu. Brzmi to okrutnie, ale nie potrafię przyjąć sposobu, w jaki budowane są w tym filmie emocje, szczególnie te w tych najbardziej dramatycznych momentach. Ponowny seans, przy okazji kinowej premiery filmu, nie zmienił moich wrażeń. Niedopowiedzenia? Niejednoznaczności? Subtelności? Zapomnijcie. Dolan doskonale wie, co mamy czuć, i ani trochę nie waha się przy użyciu odpowiednich środków, by te odczucia wywołać. Tu trochę przeszarżuje, tam doda dramatyczną muzykę, niemal stojąc nad nami z grożącym palcem i wymownym wyrazem twarzy. Wyważenie nigdy nie było odpowiednim kryterium w przypadku dzieł Dolana, ale nigdy też jego brak nie dotyczył płynących z filmu emocji. Przeważnie dotyczył przeszarżowania w przypadku formy. Ubolewam nad tym, bo finalnie odnalazłem tam jedynie jakiś mały skraweczek miejsca dla siebie i „swoich emocji”, który zupełnie mi nie wystarczył. Zastanawiam się, czy zawsze tak u Xaviera było. Wydaje mi się, że nie. A może?

Jeżeli miałbym jakoś osłodzić to gorzkie porównanie do brazylijskiej telenoweli, powiem, że gdyby Dolan faktycznie taką telenowelę popełnił, byłbym pierwszą osobą, która tę telenowelę obejrzy. Bo to nie jest zły film. Po prostu Dolan przyzwyczaił mnie do rewelacji.

Przez to też nie wybrzmiewa tak mocno niewiedza tytułowych bohaterów, dotycząca ich relacji oraz tego, co wydarza się pomiędzy nimi. Albo raczej krzywda wynikająca z owej niewiedzy. To mężczyźni z dwóch różnych światów, których drogi życiowe niby nieco się rozeszły, ale te emocjonalne wciąż się krzyżują. I gdzieś ta przyjacielska relacja momentami przypomina kiełkujące uczucie, ale sam nie wiem, czy jest ono na tyle prawdziwe, że jesteśmy w stanie w nie uwierzyć. Prędzej już wierzę w jednostronne, nieszczęśliwie zakochanie, które drzemie w jednym z bohaterów. Najlepiej w Matthias i Maxime wybrzmiewa natomiast najprostsza przyjaźń, bo o niej Dolanowi (chyba po raz pierwszy w swoim filmowym dorobku) udaje się opowiedzieć najfajniej. Jest jedna scena (bardzo dobra scena), w której słyszymy J’ai cherché Amira, a bohaterowie siedzą w samochodzie, śpiewają i bawią się doskonale. Ileż jest w tej scenie beztroski i lekkości, których pragnie się więcej, i więcej. Kumpelska relacja męskiej paczki zdecydowanie dostarcza luzu, od dziecinnych zakładów, przez wzajemne śmieszki, po żarty o twojej starej. W nowym filmie Dolana uczucia uczuciami, ale kumpelstwo górą!

Mimo problemów, to wciąż w pewnych elementach ten sam Dolan, w którym zakochałem się przed kilkoma laty. Ponownie serwuje nam motyw niemożliwej miłości/uczucia, jaki by on nie był. Portretuje matki w sposób niepowtarzalny, które dzięki charyzmie wybijają się niekiedy na pierwszy plan, nawet jeżeli są postaciami zupełnie epizodycznymi. Po raz kolejny objawia się jego zmysł przerysowania, którego efektem w Matthias i Maxime jest Erika – irytująca i przezabawna zarazem. Prezentuje też muzyczny rozrzut, w którym jest symfonia Mozarta, eurowizyjny, wcześniej wspominany, Amir, czy też sama niepowtarzalna Britney Spears oraz jej Work Bitch. Jedyne czego może brakować to tego teledyskowego narcyzmu, ale jego było już trochę mniej przy okazji To tylko koniec świata. Chociaż deszczowa scena uczuciowa jest przepiękna! Więc nawet jeżeli ktoś – tak jak ja – w Matthias i Maxime się nie zakocha, będzie miał ten film Dolana gdzieś w zakamarkach serduszka oddanego dziełom Xaviera.

Użycie Britney i jej Work Bitch było totalnie nieoryginalne, a tej oryginalności po Dolanie się jednak spodziewam. Klub nocny? Już bardziej typowo być nie mogło. I tak, bardzo się tej Britney w jego filmie czepiam. Dobrze, że chociaż w kinowych głośnikach ten bit brzmiał nieziemsko.

Dotychczas było rewelacyjnie lub bardzo dobrze, czasem mistrzowsko, w przypadku Matthias i Maxime jest nieźle, choć ton tego tekstu bardziej wskazuje na to, że jest przeciętnie. Ale to bardziej efekt wylewu mojego rozczarowania, bo nic nie boli bardziej, niż rozczarowanie najnowszym filmem twojego najlepszego z najlepszych. Dolan na pewno się rozwija, wychodzi trochę dalej, staje się może nieco mniej bezczelny, w tym filmie bywa delikatnie infantylny. Mnóstwo sprzecznych emocji, ale czekam na rozwój sytuacji. I na kolejny film, który zmiecie mnie z powierzchni Ziemi.

Ten tekst to jeden wielki chaos. Wybaczcie.

foto: Vogue



Polub bloga na Facebooku