„Manic” Halsey | Maniakalna zła passa?

W przypadku Halsey zgadzałoby się właściwie wszystko. Artystka tworzy muzykę na pograniczu r&b, elektroniki i popu, niekiedy dodając do tego ostatniego nutkę „dark”. Raczej dostarcza smutne teksty, za którymi idą emocje. A jednak wciąż jest mi z jej twórczością nie po drodze. Czy trzeci album Halsey – Manic – zmienił (naszą) złą passę?

Trochę tak. Może nie spowodował, że przepadłem w muzyce Halsey, ale na pewno sprawił, że patrzę na nią dużo łaskawszym okiem. Sam nie wiem, w czym tkwi mój problem z twórczością Amerykanki. Debiutanckie Badlands wspominam bardziej jako rozczarowanie niż zachwyt. Zdarza mi się wracać jedynie do chwytliwego Hold Me Down, przy okazji którego zresztą poznałem Halsey. Drugiego Hopless Fountain Kingdom w ogóle nie pamiętam. Brzmieć to może trochę nieprofesjonalnie, ale mówi też sporo o samym albumie i moim stosunku do niego. Bynajmniej nie jest to stosunek pozytywny. Nie wiem, co na dłużej zapamiętam z płyty Manic, ale wynotowałem sobie kilka piosenek, do których w najbliższym czasie na pewno wrócę. I na nich się przede wszystkim skupiam, bo choć nie brakuje tutaj momentów, które bardziej wzbudzają moją obojętność, nie ma na trzecim albumie Halsey niczego, co można byłoby określić czymś poniżej przeciętnej czy poniżej oczekiwań.

Złapałem wyrzuty sumienia, odpaliłem drugi album Halsey, szybciutko przeleciałem przez niego i wciąż niewiele pamiętam. Wspominam Now or Never i zawiesiłem ucho na fantastycznym Walls Could Talk. Szkoda, że tak krótkim.

Na Manic możemy usłyszeć największy komercyjny sukces w karierze artystki, czyli singiel Without Me, który był nie tylko pierwszym numerem jeden Halsey na amerykańskim Billboardzie, ale również zanotował miejsce trzecie w notowaniu rocznym oraz dwunaste w notowaniu ubiegłej dekady. Robi wrażenie, prawda? I choć jest to jeden z tytułów pośród moich albumowych ulubieńców, artystka ukryła na Manic rzeczy jeszcze lepsze. Przykładowo inny singiel You should be sad, który Halsey zaprezentowała krótką chwilę przed premierą albumu. Swoją największą sympatię kieruję jednak do killing boys, rozpoczynającego się od krótkiej rozmowy i słów „You’re killing people / No, I’m killing boys”. To piosenka, która zasługuje na bycie kolejnym singlem promującym płytę. Podobnie jak jeszcze mocniej chwytające Still Learning, w którym artystka śpiewa, że wciąż uczy się, by kochać samą siebie. Jeżeli Halsey chciałbym słuchać w balladach to tak kameralnych jak More. Kameralnych, ale też przeszytych mocnym basem! Doceniam nieco ostrzejszą odsłonę albumu, szczególnie tę ukrytą w świetnym (szczególnie w warstwie muzycznej) Alanis’ Interlude czy 3am. Dorzucam do tej listy jeszcze genialnie wyprodukowany popowy Graveyard, który zasługiwał na to, żeby powtórzyć sukces Without Me, a niestety tego sukcesu nie powtórzył. Lista dobroci dość długa, a Halsey chyba nawet trochę przerosła moje oczekiwania.

Pozostałe rzeczy – tak jak wspomniałem wcześniej – przepełniają mnie raczej obojętnością, choć na pewno nie są to pozycje nijakie. Halsey skutecznie unika tutaj przeciętności i chwała jej za to. Czasami nieco błądzi, jak chociażby w przypadku I HATE EVERYBODY, które pod względem warstwy muzycznej, ale też atmosfery, brzmi trochę jakby podkradła je Taylor Swift. Ale nawet jeżeli błądzi, to robi to w fajnym stylu.

Pomimo wszelkich niesnasek w mojej muzycznej przygodzie z Halsey, wciąż miałem jej twórczość na radarach. Trzeci album mnie w sobie nie rozkochał, ale utwierdził w przekonaniu, że nieważne jak bardzo byśmy się momentami nie dogadywali, muszę (!) śledzić artystyczną ścieżkę tej artystki, której bez wątpienia nie można odmówić charyzmy i ważnej działalności pozamuzycznej. Jej trzeci Manic to całkiem solidny popowy/r&b album, który momentami potrafi porządnie eksplodować, a czasami łapie delikatne „zwiechy”. Z żadnym dotychczasowym albumem Halsey nie dogadywałem się jednak tak dobrze, także widzę dla nas małą iskierkę nadziei.



Polub bloga na Facebooku