„Maggie Vision” Margaret | Maggie dodaje gazu na zakręcie

Jeszcze nie tak dawno śpiewała „let’s go ape in my cabana”. Teraz artystka, która stawia na siebie – artystyczną i wizerunkową swobodę, szczerość oraz odświeżone brzmienie. Była Margaret, potem wszystko wywróciła do góry nogami Gaja, a teraz przyszedł czas na Maggie i jej wizję. Okazuje się, że „wielkie ambicje ma w sobie”, ale może być spokojna, bo jej najnowsza płyta jest najlepszą w jej karierze.

Drogę Margaret śledziłem bacznie w zasadzie od samego początku, kiedy rozgłośniami radiowymi zawładnęło Thank You Very Much, a debiutująca wokalistka zaskoczyła wszystkim faktem, że oto w Polsce można robić pop na europejskim poziomie. Naprawdę, miałem oczy jak pięć złotych. Nic więc dziwnego, że w Europie jej muzyki się słuchało, czy to Cool Me Down, które odniosło dość spory sukces na arenie międzynarodowej, czy to In My Cabana, z którym wywalczyła finał szwedzkiego Melodifestivalen. Z albumami jako całościami bywało różnie. Add the Blonde miało w sobie świeżość i urok, choć przyznam, że poza singlami nie pamiętam z niego żadnej innej piosenki. Następne Monkey Business momentami sprawiało wrażenie napisanego na kolanie, ale miało momenty bardzo dobre. Zmiany przyszły w 2019 roku, kiedy to Margaret zaprezentowała pierwszy polskojęzyczny album Gaja Hornby i objawiła przez nami wrażliwość, w której przepadłem od pierwszego tytułowego singla. „Utknęłam między chcę w drodze do muszę” brzmiało niepokojąco znajomo. Maggie Vision to konsekwentna kontynuacja muzycznego przewrotu w karierze artystki, który wybrzmiewa teraz jeszcze bardziej dosadnie.

Ciekawostka jest taka, że piosenki Margaret od trzech lat są najczęściej odtwarzanymi przeze mnie utworami na Spotify w rocznych podsumowaniach. Margaret wrzuca singiel i nie mogę przestać, tak to mniej więcej do tej pory wyglądało.

Margaret wcale nie porzuca popu. Choć bliżej jej jednak do tej zadziornej hiphopowej Maggie, pop wciąż jej w duszy gra, tylko może w nieco innej, mniej oczywistej odsłonie. Słychać, że czerpie całymi garściami inspiracje z nowoczesnego rapu. Wychodzi też jeszcze mocniej poza strefę bezpieczeństwa, z której wybiła się już poprzednim Gaja Hornby. Nie boi się mówić, obnaża swoje emocje, daje siebie, ale też w tym wszystkim dobrze się bawi. Gdzieś pomiędzy genialnym emocjonalnym Xanaxem, a traktującym o zmianach, świetnie zrobionym Fotelem, wjeżdżają bujający Pure Fun w duecie z Young Igi, dancehallowy Roadster z Kizo, który jest nieustannym powiewem wakacji, czy holenderkowy Reksiu z Otsochodzi, w którym wokalistka poleca seks zamiast fitnessu. Słychać w nich, że Margaret jest bardzo okej z tym, gdzie się teraz znajduje – życiowo i muzycznie. I to „okej” mocno nam się przy tych piosenkach udziela.

Najlepsze pozostaje Nowe plemię – pierwszy singiel zwiastujący Maggie Vision i jednocześnie feministyczny hymn. Wyczuwa się #girlpower oraz rodzaj siły w samej Margaret, której we wcześniejszych beztroskich utworach raczej nie dało się dostrzec. Nieco ciemniejsze niż zwykle, podszyte intensywnym bitem i zwieńczone taneczną euforią – takie jest Nowe plemię. Numerem dwa jest Sold Out – trochę niespodziewany duet z Natalią Szroeder, który jest jednym z najgorętszych duetów kobiecych na polskiej scenie ostatnich lat. Pochłaniający vibem, kapitalnie wyprodukowany, a Szroeder jest tutaj fajniejsza niż Quebo w 3/4 swoich piosenek. Naprawdę! Nie można też zapomnieć o świetnym teledysku. O ostatnie miejsce podium dzielnie walczy Roadster, który jak żadna inna piosenka w ubiegłym roku potrafił tak ponieść, że faktycznie chciało się dodać gazu na zakręcie, Fotel, w którym Margaret ma takie flow, że nie sposób usiedzieć w miejscu, ale też te bardziej emocjonalne odsłony artystki – czy to wcześniej wspomniany Xanax, traktujący o depresji, czy Introwersje, w której barwa Margaret świetnie koresponduje z głębią głosu STANISLAVV.

Maggie Vision to też konkretna odpowiedź na trendy i nie chodzi mi wcale o to, że rap się dobrze sprzedaje. Bardziej o wyczucie tego, czego się słucha zagranicą i w jakimś sensie zaadaptowanie tego na polski grunt. Słyszę to szczególnie w Pinacie, której bitu i produkcji myślę, że nie powstydziłby się na jednym ze swoich albumów J Balvin. Podobne wrażenie wzbudza leniwie bujające Wielkie mam sny, w którym wyczuwam puszczone oczko do fanów Malamente Rosalii. W tej odpowiedzi na trendy nie chodzi też o kopiowanie. Bardziej o wnoszenie nowej jakości. I nie, Maggie Vision nie jest albumem jakkolwiek przełomowym. Może dla samej Margaret, ale nijak dla polskiej muzyki. Jest za to albumem, który dostarcza – pod względem brzmienia, pod względem produkcji, pod względem muzycznej różnorodności. Pytanie jest jednak takie, kiedy Margaret nie dostarczała jakości? Nawet, gdy zajmowała się radiowym popem, to w przypadku singli był to zawsze pop z najwyższej (trochę generycznej, ale jednak najwyższej) półki. Choć jest „na swoim”, Margaret na jakości nie traci. A nawet zyskuje. I to się chwali.

Jakie są grzechy Margaret i jej Maggie Vision? Po pierwsze, jedyne anglojęzyczne Say No More w duecie z urboishawty, które na tle całości wybrzmiewa wyjątkowo nijako. Na szczęście tylko w streamingach i na wersji limitowanej albumu. Po drugie, brak miejsca na oddech. Od samego początku jest intensywnie. Margaret i KaCeZet ostro wrzucają nas w Maggie Vision, ale pod koniec, szczególnie przy pierwszym odsłuchu, można złapać zadyszkę. Bo im bliżej zakończenia, tym jakby mocniej, bo w drugiej części albumu czyhają na nas jeszcze Introwersje, Xanax, tłusy Antipop i Sold Out. Nie wiem, może narzekam. W przypadku tego grzechu są oczywiście dwie strony medalu. Z jednej, ciężko wrócić od razu do Maggie Vision. Trzeba ją na moment odłożyć. Odetchnąć po tych bitach i tekstach. Z drugiej zaś, ciągnie nas do tej intensywności, która choć bywa trochę męcząca, koniec końców porywa. Po trzecie, refren Antipop. Ale to już moje bardzo subiektywne przekonanie: po prostu nie mogę się przekonać. Więcej grzechów nie pamiętam.

To bardzo dobry album, który od ponad dwóch tygodni króluje w moich głośnikach, podobnie jak sama Margaret królowała przez prawie cały ostatni rok. Album, który jest i nie jest przewrotem. Bo choć popu tutaj mniej, a Margaret konsekwentnie i stylowo odcina się od przeszłości, po raz kolejny debiutując, to wciąż jest przebojowo. W otwierających płytę Przebiśniegach nie wiedziała, czy jest target ready, ale ja myślę, że jest. I to bardzo!



Polub bloga na Facebooku