„Lighthouse” | Dźwięk odosobnienia

Odosobniona wyspa na środku morskiej otchłani. Wielka latarnia, obok uboga chata, a w niej dwóch skrajnie różnych mężczyzn. Czarno‑biały kadr, jednooka mewa i męski obłęd. Taki jest Lighthouse. Jeden z filmów tego roku. Wybitne kino, z którego od tygodnia próbuje się wydostać.

Robert Eggers, wizjonerski reżyser arcydzielnego horroru „The Witch”, powraca z hipnotyzującą, halucynującą opowieścią o dwóch latarnikach, pracujących na tajemniczej, odległej wyspie w Nowej Anglii, w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku. Obaj latarnicy (Willem Dafoe i Robert Pattinson) mierzą się z samotnością i odosobnieniem podczas wielkiego sztormu, który wydaje się nie mieć końca. Są skazani na walkę z własną silną wolą, potrzebami oraz – przede wszystkim – z tajemniczą siłą, która nad nimi krąży, ale której istnienie może im się tylko wydawać… Film jest przerażającą, pełną tajemnic podróżą w nieznane. (opis dytrybutora)

Są takie filmy, których nigdy więcej nie będziemy chcieli obejrzeć. Nie jest ważne nawet to, że są to dzieła wybitne. Bardziej rozchodzi się o doszczętnie wykańczające emocje, których nigdy więcej nie będziemy chcieli odczuwać ponownie. Dla mnie takim największym filmem „jednego razu” było dotychczas Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera – przewrotny musical o wielkiej miłości, zmuszającej do przekraczania granic, kończący się porażającą śmiercią. Lighthouse Roberta Eggersa jest kolejnym – dziełem wybitnym, którego nigdy więcej nie powtórzę. Przez przeszywającą atmosferę chorobliwego wyobcowania. Przez świat przepełniony obłędem. Przez mewy. Przez syreni śpiew. Przez (fenomenalną) muzykę Marka Korvena. Przez najprostszy strach i niepokój.

Jeżeli myśleliście, że ptaki są straszne tylko u Hitchcocka, to obejrzyjcie Lighthouse. Serio.

Ciężko uniknąć w pisaniu o Lighthouse patrzenia na ten film z perspektywy atmosfery. Eggers niby stawia przed nami dwójkę bohaterów – doświadczonego strażnika latarni, respektującego niespisane prawa rządzące wyspą, oraz młodego mężczyznę „na przyuczenie”, sprowadzonego do roli poddanego – ale tak naprawdę ważniejsza wydaje się nie gra dziejąca się pomiędzy bohaterami, a jej osadzenie w świecie rzeczywistości i jednoczesnego surrealizmu. Po spokojnym i budującym niepokojące napięcie wstępie, coraz bardziej błądzimy między tym, co jest jedynie wynikiem obłędu, a tym, co faktycznie się wydarzyło. Nie wiemy, co jest prawdą, a co nieprawdą. Nie wiemy też, kto jest tym gorszym – manipulator czy manipulowany. I czy w ogóle potencjalny manipulator, faktycznie jest manipulatorem. Nie wiemy też, czy sami jesteśmy zmanipulowani.

Myślę, że wszelkie mitologiczne odniesienia, stanowiące nie lada smaczki dla filmoznawców czy kulturoznawców, również mogą zostać przez nas pominięte (chociaż posągowe przedstawienie głównych bohaterów to perła!). Już samo nierozumienie i ciągłe dążenie do zrozumienia „dziejącego się” na ekranie, ale też obserwowanie obłędu i utraty stabilności bohaterów, są wystarczające, by zachwycić się Lighthouse. Doświadczanie tego perfekcyjnego świata, w którym do głosu dochodzą męskie pragnienia, krwiożercza rywalizacja, obłąkanie, kiełkujące szaleństwo, samo w sobie jest porażające. Niby nie jest to horror w powszechnym tego słowa znaczeniu, a jednak często miałem ochotę zasłonić oczy.

Tak jak bohaterowie stoją do siebie niemal w kontrze, podobnego pojedynku można doświadczyć wśród aktorów. Na skalistym ringu spotkali się Willem Dafoe i Robert Pattinson. Ten pierwszy już samą aparycją idealnie odnajduje się w czarno‑białym świecie kreowanym przez Eggersa. Jako Thomas Wake jest genialny – szalony i nieprzewidywalny. Jednak to Pattinson jest dla mnie większą niespodzianką. Z każdą kolejną minutą filmu zmienia się w obłąkanego szaleńca, niekiedy przerysowanego i niewyważonego. Aktorsko ryzykuje, a to ryzyko sprawia, że jego Ephraim Winslow jest fascynujący. Lighthouse jest też przykładem filmu, w którym aktorzy bardzo mocno naginają swoje granice. Czy to Dafoe, czy to Pattinson – nie ma tutaj miejsca na zatrzymywanie się w aktorskiej strefie komfortu.

W ogóle, patrząc na role Pattinsona po feralnym Zmierzchu, ileż ten aktor musiał się razy wykazać w przeróżnych kreacjach, żeby środowisko filmowe w końcu zapomniało o Edwardzie. Myślę, że po Lighthouse zapomnimy o nim na zawsze. Coraz bardziej mnie ciekawi, w którą stronę pójdzie. W końcu na horyzoncie jest jego wielka rola – Batman!

Lighthouse dołącza do moich filmów roku. Wdziera się do nich niespodziewanie niczym fala sztormu, która wbiła się przez okno do chaty głównych bohaterów. To filmowy świat, w którym totalnie się zanurzamy i reagujemy na wszelkie wysyłane do nas bodźce. Zachwycam się, powoli wydostaje się z tego świata, łapię oddech, ale wystarczy, że włączę soundtrack Marka Korvena i ponownie jestem na wyspie. Myślę, że niezapomniane doświadczenie.