Lepiej schowaj telefon, czyli (Nie)znajomi

Doskonale pamiętam, jak Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie przez długi, długi czas nie znikało z repertuaru krakowskiego Arsu. Przyglądałem się temu tytułowi bacznie, jednak na przyglądaniu się skończyło. Nagle – jak grzyby po deszczu – zaczęły pojawiać się kolejne lokalne wersje tego filmu, aż w końcu przyszedł czas na Polskę. Czy (Nie)znajomi mają szansę powtórzyć sukces włoskiego oryginału?

I otóż – również ku mojemu zdziwieniu – mają. Wciąż nie widziałem pierwowzoru, ale pojawiające się głosy od osób, które oryginał zobaczyły wcześniej, donoszą, że jest dobrze. Ja bez oglądania Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, powiedziałbym nawet, że jest bardzo dobrze. Filmowa sytuacja jest podobno ta sama. Na kolacji spotykają się przyjaciele, którzy postanawiają zagrać w dziwaczną grę – dzielą się swoimi wiadomościami, a rozmowy prowadzą tak, by wszyscy uczestnicy zabawy słyszeli również osobę po drugiej stronie. W tak zwanym międzyczasie poznajemy naszych bohaterów. Wybieramy sobie tych, z którymi chcielibyśmy bardziej sympatyzować. Oglądamy taką trochę aktorską rozgrzewkę. Aż do momentu, gdy na jaw zaczynają wychodzić (nie)małe tajemnice, a niewinna zabawa zamienia się w wygrywane emocjonalne skrajności. Film ten właściwie aktorami stoi, a spośród siódemki siedzącej przy stole, nie da się wybrać tego przodującego. To taka równa, fantastyczna siódemka.

Obsada w tym przypadku jest na tyle kluczowa, że gdyby w jakimkolwiek stopniu poległa, nieważne jak dobry byłby scenariusz, (Nie)znajomi byliby raczej słabym filmem. Odwrotnie, sprawa mogłaby wyglądać podobnie, choć jednak z małą korzyścią dla filmu, bo aktorzy ciągnęliby niekoniecznie dobry scenariusz, ale – koniec końców – ustalmy, że żaden z tych przypadków na szczęście się tutaj nie wydarza. Maja Ostaszewska emocjonuje przede wszystkim finałowym rozchwianiem, kiedy jej bohaterka może w końcu wyjść z małżeńskiej formy i wykrzyczeć całemu światu swoje nieszczęście. Partnerujący jej Łukasz Simlat jako Grzegorz naprzemiennie bawi i niepokoi gburowatością oraz próbą bycia tym mężem, który mówi, co jego żona może, a czego nie. Kasia Smutniak przez cały film zachwyca swoją klasą, a partnerujący jej Tomasz Kot – trochę na przekór tego, co oglądamy w (Nie)znajomych – jest jej idealnym dopełnieniem. Cholera, kto spośród młodych ludzi nie chciałby takiego wrażliwego ojca? No kto? Duet Michał Żurawski i Aleksandra Domańska podgrzewają atmosferę młodym, gorącym uczuciem oraz chemią między granymi przez nich bohaterami, a Wojciech Żołądkowicz – mój osobisty niespodziewany faworyt, będący chyba najświeższą twarzą w obsadzie – zaraża swoim luzem i chwyta za serducho emocjonalnym finałem. Wszystko, dosłownie wszystko w tej obsadzie gra. Humor, energia, charyzma, emocje. Wszystko.

(Nie)znajomi choć są naprawdę udaną komedią, jednocześnie są spełnieniem mojego największego koszmaru – przeglądania mojego telefonu przez kogoś, kto nie jest do tego uprawniony… czyli w skrócie: nie jest mną. Bo nigdy nie wiadomo, co ktoś tam znajdzie. Czasami człowiek wejdzie na jakąś głupotę (albo nawet bardzo dużą głupotę), zrobi jakieś idiotyczne zdjęcie, a nie daj Boże jeszcze wyszuka w niezawodnym Google coś krępującego. Zdelegalizujmy tę niewinną grę, bardzo Was z tego miejsca proszę. Co najgorsze, jeżeli wprowadzić taką grę do naszego życia, sytuacja z filmu – tutaj oczywiście nieco przerysowana na rzecz fabuły – mogłaby się wydarzyć w realnym życiu. A czego by nie. W końcu każdy ma jakieś swoje słodkie tajemnice, co nie?

A tak poważnie, (Nie)znajomi to zabawna i lekka komedia, fenomenalnie zagrana i nieprzeciętnie zrealizowana. Tadeusz Śliwa debiutuje tym filmem w długim metrażu w fajnym stylu. Jedni powiedzą, że odgrzewa smaczny kotlet sprzed dwóch lat, otrzymując gotową historię, którą trzeba „trochę przerobić”. Ja – niemal kontratakując – odpowiem, że jednocześnie mierzy się z bardzo popularnym pierwowzorem, dobrze znanym polskiemu widzowi, co już na starcie jest dużym wyzwaniem. Wydaje mi się, że wychodzi z tej potyczki z oryginałem zwycięsko, oddając w nasze ręce komedię zdecydowanie wybijającą się na tle przeciętności tego gatunku w naszym kraju. Nieważne czy lepszą od włoskiej wersji, czy nie. Po prostu bardzo dobrą!

A na pytanie, czy Dawid Podsiadło powinien angażować się w produkcję filmów, odpowiadam:
Jeżeli to mają być tak dobre filmy, to – Panie Dawidzie – proszę to robić dalej!