„Le Mans ‘66” | Zawrotna prędkość

Sezon oscarowy zbliża się wielkimi krokami. Coraz więcej mówi się o ewentualnych nominowanych, a wśród nich często wymienia się Le Mans ‘66 – trzymający w napięciu dramat sportowy, w którym przyjaźń i zaufanie idą w parze z motoryzacyjnym wyścigiem.

Shelby (Damon) i Miles (Bale) wspólnie stawili czoło obojętności wielkich korporacji, prawom fizyki i własnym ograniczeniom, by zbudować rewolucyjny samochód wyścigowy dla Ford Motor Company i rzucić wyzwanie słynnym samochodom Enzo Ferrari w prestiżowym dwudziestoczterogodzinnym wyścigu Le Mans we Francji w 1966. (opis dystrybutora)

Ależ to jest technicznie zrealizowane! Ależ to jest wyreżyserowane! Z jednej strony zupełnie niewymykające się schematom kina biograficznego i pewnym ckliwościom, którymi okraszone jest życie prywatne bohaterów, a już w szczególności Kena Milesa (i tutaj jednak małe „szkoda”). Z drugiej – czy tego chcemy, czy nie chcemy, wrzucające nas do motoryzacyjnego pędu i trzymające nas w nim właściwie do ostatnich chwil. Wyścigi. To chyba one są kluczowe dla tego filmu. Może niekoniecznie nadają tempa samej historii (tu działa muzyka i sam technologiczny wyścig marek), ale dorzucają do niej niemałą dawkę adrenaliny. Wyprzedzające się samochody. Prędkość. Spojrzenia kierowców. Warczące silniki. To wszystko tutaj niesamowicie gra. Wyścigi ogląda się z zapartym tchem i niemalejącą ekscytacją. Wgniatają w fotel kinowy, niczym prędkość wgniotła Henry’ego Forda II w fotel modelu GT40. Wisi też nad nimi niedające spokoju widzowi poczucie niebezpieczeństwa. Na zasadzie „dojedzie do mety, czy nie?”. Ruszamy w ten filmowy pęd, jesteśmy zafascynowani i jednocześnie się boimy.

Generalnie to kręcę nosem na to „amerykańskie” zakończenie, ale koniec końców da się je w miarę bezboleśnie przeżyć. Chociaż pozostawienie z nie do końca „wypowiedzianym” byłoby chyba mocniejsze.

Le Mans ‘66 to również dwie wybitne postaci, które stanęły w samym centrum historii – Ken Miles oraz Carroll Shelby. Mangold – abstrahując od trzymających w napięciu wyścigów – opowiada o przyjaźni tych dwóch skrajnych osobowości: zarówno tej życiowej, jak i tej stricte zawodowej, zbudowanej na bezkresnym zaufaniu (oczywiście niejednokrotnie nadszarpniętym), ale też obustronnych korzyściach. Wspaniałe rzeczy wydarzają się w aktorskim duecie, a połączenie Christiana Bale’a i Matta Damona w tym filmie to prawdziwe złoto. Gdybym został postawiony pod ścianą, jako tego lepszego wybrałbym Bale’a, ale to jedynie kwestia tego, że Miles w jego kreacji jest porywczy, nieprzewidywalny i przez to bardziej charyzmatyczny. Jednocześnie myślę, że nie można powiedzieć niczego złego o Damonie, który jest drugim, równie silnym filarem, na którym zostaje zbudowana filmowa przyjaźń bohaterów. Fascynujące jest życie „dla motoryzacji” tej dwójki oraz duch walki prawdziwych profesjonalistów o bycie najlepszym. To trochę też film o tym, że nie warto chodzić na kompromisy.

Po seansie zerknąłem na reżyserskie dokonania Jamesa Mangolda. Miażdżąca Przerwana lekcja muzyki, nieco miałka, choć całkiem urocza komedia romantyczna Kate i Leopold, oscarowy Spacer po linie, gdzieś tam wydarzyła się Wybuchowa para, potem był Wolverine, a teraz Le Mans 66’. Ale rozstrzał!

Chyba najbardziej fascynujące jest jednak ostatnie 40 minut filmu, czyli tytułowy dwudziestoczterogodzinny wyścig Le Mans. Mistrzowsko rozegrany – na małych usterkach rozpoczynając, na intrygach (zdemonizowanego) działu marketingu kończąc. Do tego stopnia, że spociły mi się ręce. Samo Le Mans ‘66 jest świetnie zrealizowanym kinem amerykańskim, ukierunkowanym na nagrody, mającym zawrotne tempo i genialne aktorstwo. Każdy, kogo zniechęca dramat sportowy widniejący w gatunku filmu, powinien odrzucić swoje uprzedzenia. Naprawdę. Jeden z pierwszych filmów, który będzie się liczył w oscarowych potyczkach, a już takie emocje. Pragnę więcej.