„Kundel” Artur Rojek | A miało być jak we śnie…

Na drugą solową płytę Artura Rojka czekaliśmy bardzo długie sześć lat. „Kundel to dla mnie ktoś pozornie mało ciekawy z ukrytym skarbem wewnątrz” – mówi artysta. Jakie skarby skrywa w sobie jego najnowszy album? Czy Kundel Artura Rojka może namieszać wśród najlepszych płyt roku?

Sam nie wiem, jak bardzo czekałem na Kundla Artura Rojka. Choć przez ten okres sześciu lat w muzyce wiele się wydarzyło, myślę, że gdzieś tam bardzo głęboko wypatrywałem jego nowego materiału. W końcu, kiedy pojawił się pierwszy singiel zwiastujący nową płytę, zareagowałem bardzo euforycznie (na samą premierę, ostatecznie nie na samą piosenkę, ale o tym dalej). Oczekiwanie wynikało bardziej z nostalgicznego podejścia do debiutanckiego albumu Składam się z ciągłych powtórzeń, którego premiera przypadła na okres, kiedy powoli i bardzo nieufnie przekonywałem się do polskiej sceny muzycznej (a już przede wszystkim Beksa, Syreny, Czas, który pozostał, Krótkie momenty skupienia czy Kot i Pelikan). Zresztą o wpływie Rojka na polską alternatywną scenę muzyczną, tak w ogóle, nie trzeba mówić. To jest fakt, niezaprzeczalny. W ostatni kalendarzowy piątek trzynastego swoją premierę miała płyta Nieumiarkowania Króla. Tym razem w piątek trzynastego album w ręce słuchaczy oddaje Artur Rojek, i jak się okazuje, te piątki trzynastego wcale nie są takie pechowe dla polskiej muzyki oraz rodzimych artystów. Kundel to płyta bardzo udana, ale czy aż tak świetna, jak Składam się z ciągłych powtórzeń?

Posłuchajcie i odpowiedzcie.

Zacznę najpierw od tego, czego na Kundlu nie lubię. Po premierze albumu nie zmienił się mój stosunek do Sportowego życia, do którego w ogóle nie wracałem, a jako singiel sprawił nawet, że zacząłem się nieco obawiać nowego materiału (moje obawy szybko załagodził singiel numer dwa). Z jednej strony, bardzo dobry tekst, do czego artysta zdążył nas już przyzwyczaić, z drugiej, nieznośna brzmieniowa nijakość, której nie akceptuję. Jeszcze bardziej nie przekonuje mnie Fur Meine Liebe Gertrude, w którym Rojek śpiewa po niemiecku i zastanawiam się, czy faktycznie ten język niemiecki był tam potrzebny. Urozmaicenie, które dla mnie wprowadza fałsz, ale to już kwestia osobistych odczuć. Koniec żalów i narzekań. Przed tymi dwoma „nielubianymi”, wcześniej słyszymy otwierające album Intro oraz Bez końca, będące singlem idealnym, bardzo radio-friendly, świetnie wyprodukowanym i napisanym. Po tej czwórce pomyślałem sobie: „Rojek, zaskocz mnie!”. I oto, niczym na moje zawołanie, Rojek mnie zaskakuje.

Już na swoim debiutanckim solowym albumie romansował z elektroniką, ale to na Kundlu wchodzi w nią jeszcze mocniej, łącząc ją ze smacznym popem. Przoduje w tym najlepsze na płycie A miało być jak we śnie, którego zupełnie się nie spodziewałem. Uzależniający hook, muzyczna opowieść o tym, że wcale nie jest tak dobrze, jak być powinno, i rewelacyjny tekst („a kiedy pytają o plany, mówię wyraźnie / że chciałbym skoczyć po szlugi, tak raz na zawsze”). Równie smutno jest w Chwilę błyśniesz, potem zgaśniesz, a tekst o destrukcji, codzienności, również o końcu, ubrany jest w lekką bujającą formę. W ogóle na tej płycie jest dość smutno. W Układzie czuć retro brzmienie (uwielbiam warstwę muzyczną zwrotek), które coraz mocniej zaznacza się na polskiej scenie muzycznej, zaś w tytułowym Kundlu jest najwięcej pazura (i ponownie świetny tekst, z którego wybieram ulubione momenty: „mama mówi ze jak jedyne co masz to hajs / to jesteś biedny”). Album zamyka skromna, acz piękna opowieść o miłości W nikogo nie wierzę, tak jak w Ciebie – intymna, popowa, ale też jednocześnie emocjonalna („słucham płyt, połowa jest o tobie / no co? reszta słaba”). Lubię energię tego albumu – niby slow, refleksyjnie, a jednocześnie chwyta i buja. Często dość delikatnie, ale jednak. Świetne są też te wstawki z życia codziennego. Ileż one mają uroku!

Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam jak Rojek przeklina. Zawsze czekałem na „kurwę” w Beksie, teraz czekam za każdym razem na „chujowy hip-hop” w A miało być jak we śnie. Dobrze przeklinać też trzeba umieć.

Kundel to płyta, która goni za trendami i bez wątpienia je dogania. Bardzo modna, idąca w nurcie tego, co obecnie najświeższe na polskiej scenie muzycznej i jednocześnie też najchętniej słuchane. No właśnie, ale czy wyjątkowa? Czy może bardziej jest właśnie taka jak ten tytułowy kundel? Być może pod względem brzmienia jest to płyta nieco inna od poprzednika, już nie tak nadzwyczajna (bo też wiele przez te sześć lat w muzyce się wydarzyło), która może podzielić stałych słuchaczy artysty (jestem zresztą bardzo ciekawy, jak zareagują na nią zagorzali fani Artura Rojka), ale pod względem tekstowym wciąż jest wyjątkowo. To solidny, bardzo dobry album, do którego – a to chyba największy komplement – chce się wracać. Nie tylko do samych melodii, ale przede wszystkim do tych tekstów. Rojek idzie swoją ścieżką i – choć przy okazji Kundla trochę skręca – nie zawodzi.



Polub bloga na Facebooku