Życie to słaba komedia, czyli „Joker”

Wenecki Złoty Lew dla filmu poruszającego historię bohatera, wywodzącego się z serii komiksów? Jeszcze pół roku temu uznałbym to za prowokacyjny żart. Teraz się śmieję, ale raczej nie z tego, że taka a nie inna nagroda trafiła do tego typu filmu, tylko dlatego, że po Jokerze pozostał mi już tylko śmiech. Wszystkie inne emocje doszczętnie wyczerpał. Pomimo upływu dni, wciąż mam rozrzucone myśli. Niech ten tekst będzie próbą ich spisania.

Zanim wylądowałem w kinie na Jokerze, minął tydzień od premiery. Wybierałem się codziennie, ale gdzieś podświadomie rezygnowałem i zostawałem grzecznie w domu, unikając konfrontacji z zielonowłosym szaleńcem. Bałem się filmu, ale też chyba trochę przerastał mnie ten cały hype wokół niego, zresztą gwałtownie ostudzony przez krytyków, stojących nieco w kontrze do wielkich słów, które padały podczas Festiwalu w Wenecji. Spodziewałem się niespokojnego filmu, ale w odbiorze potrzebowałem wyjątkowo dużo spokoju, bez żadnych rozpraszaczy w postaci przepełnionej sali kinowej. Chwilę odczekałem. W końcu poszedłem. 12 października o godzinie 11:57 zasiadłem w kinowym fotelu. Po czternastej żyłem już w gorszym świecie.

W ogóle jest taka moja opowiastka z seansu, że pod koniec filmu na salę wszedł chłopak, który stanął, rozglądał się po sali i sprawił, że będąc przerażony przemianą Arthura, zacząłem być przerażony nim. Potem jeszcze wszedł w mój szósty rząd, szukał swojego numerku, aż w końcu usiadł dwa miejsca obok mnie. Najprawdopodobniej chłopak pomylił seanse, albo przyszedł zobaczyć końcówkę filmu. Szczerze, i don’t care. Ale to, że widziałem w nim potencjalnego Jokera, było straszne. Bez puenty.

Kraków to nie jest Gotham, ale jadąc tramwajem trochę rozglądałem się po swoich współtowarzyszach oraz współtowarzyszkach podróży i zastanawiałem się, ile takich Jokerów może być wśród nas? Pytanie zupełnie otwarte, na które nawet nie spróbuję odpowiedzieć. Dotyczące jednak człowieka nieszczęśliwego, wiecznie karanego przez los, skrzywdzonego przez otoczenie, również to najbliższe, pozbawionego nadziei na nawet najmniejszą poprawę; człowieka, w którym rodzi się morderczy bunt. Taki jest filmowy Joker – powiedziałbym, że nieoszczędzony. Jego sytuacja prowadzi do tego, że bohater staje się szaleńcem, zabijającym ludzi, którzy zachowali się wobec niego źle. Jest ona punktem wyjścia, uzasadniającym działania bohatera, ale – co chyba warto podkreślić – nieusprawiedliwiającym jego czynów. Nie ma czegoś takiego, że myślimy „biedny Arthur, został zniszczony przez otaczający go świat, stał się szaleńcem i zabija”. Morduje, bo to nawet nie jest zemsta. Współczujemy mu, szczególnie, gdy reżyser niemal łopatą wrzuca do naszej głowy obrazy upodlenia człowieka oraz jego codziennej katastrofy, ale raczej na pewno z nim nie sympatyzujemy. Sympatyzowanie mogłoby być w tym przypadku niebezpieczne, albo przynajmniej martwiące. Nie zmienia to jednak faktu, że Joker jest postacią tragiczną, której losy oraz proces dopuszczania do głosu wewnętrznych demonów trzymają bezlitośnie za gardło. To nie jest przygnębiający dramat psychologiczny. Bardziej duszące studium ludzkiego szaleństwa.

Przymiotnika „ludzki” nie używam przypadkowo. Komiksowość historii wydaje się jedynie dodatkiem, czymś w rodzaju popkulturowego zaplecza, na bazie którego budowana jest historia bohatera z krwi i kości. Bohatera, za którym właściwie nie kryje się przyszły przeciwnik Batmana. Jokera – jako filmu i jako postaci – nie rozpatruje się w ogóle w kategoriach jakiegokolwiek uniwersum, czy powiązań z losami innych komiksowych bohaterów, których znamy z pozostałych popkulturowych tworów. Można, ale po co? W obliczu tego konkretnego portretu, nawet osoba Wayne’a staje się w tym wszystkim niewiele istotna. Za tym Jokerem kryje się zbłądzony, doszczętnie zniszczony, skrzywdzony człowiek. Żywy szaleniec. Zupełnie niekomiksowy. Nadzwyczaj głęboki, rozdarty. Totalnie wyłamujący się standardom kina superbohaterskiego czy komiksowego. W obliczu jego szaleństwa zabrzmi to być może paradoksalnie, ale w tego rodzaju kinie nie było dotychczas tak ludzkiego bohatera. Tak miażdżącego wszystkim.

Joaquin Phoenix. Na swoim koncie ma wiele bardzo dobrych ról, niektóre z nich ocierają się o perfekcję, a jego kreacja Jokera jest perfekcją. Każdy gest, poszczególny taniec, każdy śmiech to aktorska doskonałość i porażająca precyzja, w której Pheonix ciągle zdaje się balansować na granicy, i ani razu tej granicy nie przekracza. Zawsze w odpowiednim momencie się zatrzymuje, nawet podczas „niekontrolowanych” napadów śmiechu. Pisząc to teraz, słyszę ten śmiech. Fascynujące jest to przeobrażenie. Nie granie. Nie przekraczanie aktorskich możliwości. Po prostu bycie. Myślę, że to przede wszystkim Phoenix dźwiga na swoich barkach ten film. Sprawia, że Joker staje się doświadczeniem mocno kotwiczącym się w naszych głowach, jeżeli powracającym, to zawsze ze sporym ładunkiem emocjonalnym. Przykładowo podczas słuchania genialnej muzyki skomponowanej przez Hildur Guðnadóttir. Bardzo boli.

Soundtrack Islandki to mój ulubiony tegoroczny soundtrack. Piąta oscarowa nominacja dla kompozytorki w historii (w sensie nie tej konkretnej, ale po prostu kobiety, która skomponowała muzykę…) jest raczej pewna, ale po cichutku bardzo mocno trzymam kciuki, żeby statuetka powędrowała właśnie do niej. Nie wiem, czy ten soundtrack robi aż tak piorunujące wrażenie bez znajomości filmu, ale po seansie odczucia są wspaniałe. Smutny, ponury niczym Gotham City. Uwielbiam bardzo!

Gdybym miał na cokolwiek narzekać, to narzekałbym nieco na Todda Phillipsa. Reżyser zrobił trzy głośne części Kac Vegas, w międzyczasie Zanim odejdą wody, a jeżeli jeszcze Wam mało tytułów komediowych, po „kacowej” trójce dorzucił Rekiny wojny. Podczas oglądania Jokera, miałem wrażenie, że momentami brak mu jeszcze trochę reżyserskiego wyczucia. Mam tutaj na myśli rysowanie tej bardziej podstawowej sytuacji głównego bohatera, jeszcze bez wchodzenia w jego życiowe szczegóły. Ma się wrażenie, że – w odróżnieniu od pełnego wyczucia Phoenixa – Phillips trochę właśnie nie wie, kiedy się zatrzymać, przez co momentami zdaje się popadać w delikatną łopatologię. A Joker filmowo ma dużo większe ambicje, i finalnie – na szczęście – na posiadaniu ambicji się nie kończy. Film dostarcza wielkich emocji. Wielkich! Podczas seansu jest to wgniatający w fotel niepokój, który nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Pod koniec byłem już bardziej przerażony. Po filmie czułem się zmęczony, ale to jest to zmęczenie, którego wymagam od fenomenalnego kina. Tak, to jest fenomenalne kino.

Przymykam oko na wszystko, bo żaden tegoroczny film nie dostarczył mi tego typu emocjonalnego roztrzęsienia. A może i nawet wybiegłbym poza ten rok? Myślę, kiedy ostatnio widziałem tak angażujący mnie film spod znaku kina superbohaterskiego. Był to chyba Mroczny Rycerz powstaje Nolana. Dość dawno, prawda? Piszę i piszę o tych emocjach, ale co ja poradzę, skoro Joker to są dla mnie przede wszystkim emocje. W końcu za nie kocham kino.

W przyszłym tygodniu idę drugi raz. A to było tysiąc słów chaotycznego rozpływania się nad Jokerem.



Polub bloga na Facebooku