„Ikar. Legenda Mietka Kosza” | Niewidomy wirtuoz

Złoty Klakier z Festiwalu w Gdyni dla najdłużej oklaskiwanego filmu przez festiwalową publiczność powinien być wystarczającą rekomendacją dla tych, którzy wciąż zastanawiają się nad filmem Ikar. Legenda Mietka Kosza. Najnowszy film Macieja Pieprzycy – reżysera Chce się żyć i Jestem mordercą – może nie wychodzi szczególnie poza schematy kina biograficznego. Zachwyca jednak portretem głównego bohatera – niewidomego wirtuoza.

Ikar – paradoksalnie – ma w sobie dużo z poprzednich filmów Pieprzycy. Choć zarówno Chce się żyć, jak i Jestem mordercą, niewiele miały wspólnego z muzyką, swoją stylizacją świetnie oddawały konkretną epokę czy nawet wycinek polskiej rzeczywistości. To filmy dopracowane pod każdym aspektem realizacyjnym – zawsze ze świetnymi zdjęciami, podkreślającymi charakter opowieści, odpowiednimi kolorami, oddającymi moment kostiumami oraz poszczególnymi elementami scenografii (już tak po prostu wymieniając te części składowe realizacji). W najnowszym filmie reżysera, gustowna stylizacja paruje się z brzmieniem, nadawanym Ikarowi przez Leszka Możdżera, którego muzyka – zdecydowanie zasłużenie nagrodzona w Gdyni – podsyca filmowe emocje. Przepiękna, zebrana zresztą na wspaniałym soundtracku, sprawia, że Ikar – pomimo swojej fabularnej klasyczności – ma w sobie iskrę unikatowości na polskim filmowym podwórku. Są jeszcze dwie takie iskry w tym obrazie.

Film Pieprzycy jest trochę taką kompilacją różnych wątków z życia Kosza. Dotyka tematu jego artystycznych problemów, nie brakuje również muzycznych sukcesów, są też miłostki i nieszczęśliwe zauroczenia, ale również pojawiająca się w retrospekcjach przeszłość bohatera, w której poznajemy genezę jego niepełnosprawności oraz jednocześnie genezę geniuszu. Pod względem konstruowania filmu, Pieprzyca nie robi nieoczekiwanego. Jest jednak w tym filmie jedna scena. Scena, w której Mietek Kosz daje swój pierwszy wielki występ. Dość spora zgromadzona publiczność, szepcząca w oczekiwaniu na występ muzyka, nerwowa atmosfera, stres. Jedna scena. Jeden występ. Ta sekwencja ujęć, której towarzyszy wspaniała muzyka Możdżera, zwala z nóg. Ogląda się ją jednym tchem, z nieustępującymi przez kilka minut ciarkami na całym ciele. Perfekcyjnie brzmi, perfekcyjnie jest wyreżyserowana, perfekcyjnie zagrana, perfekcyjnie sfilmowana i zmontowana. Iskra numer dwa.

Do tego stopnia perfekcyjna, że na seansie prasowym, zaczęto klaskać razem z filmową widownią. Jeszcze większe ciarki.

Pieprzyca ma też w swoim filmie Dawida Ogrodnika. Jestem ogromnym fanem tego aktora – jego interpretacji, czasami nawet tej nadinterpretacji, zaangażowania, wrażenia bycia w danej roli, przesiąkania graną postacią. Chciałem napisać, że rola Mietka Kosza to najbardziej wymagająca kreacja w jego intensywnej karierze, ale nie sposób zapomnieć o (dla wielu przeszarżowanym) Tomku Beksińskim czy Mateuszu z Chce się żyć. W Ikarze czuć muzyczną pasję, artystyczną duszę, czasami zupełnie sprzeczne emocje tkwiące w bohaterze. Przez cały film nie potrafiłem oderwać wzroku od Ogrodnika, śledząc każdy jego pojedynczy gest. Iskra numer trzy. Stanę też chyba trochę w kontrze do osób, twierdzących, że Ogrodnik po raz kolejny gra „kogoś”, kreując postać „pod nagrody”. Jeżeli to mają być takie wcielenia aktorskie, osobiście mogę oglądać Ogrodnika w kolejnych „nagrodowych” rolach. I sam mogę mu te nagrody przyznawać.

Na końcu Pieprzyca trochę zabija swój film, dość kiczowato metaforyzując śmierć Mietka Kosza. Wciąż nie mogę do końca zrozumieć, dlaczego to zakończenie w ogóle się wydarzyło, w dużym stopniu niszcząc wszystkie wrażenia, które Ikarowi udało się wypracować przez niespełna dwie godziny. To wciąż jednak solidne kino biograficzne, z trzema aspektami, wynoszącymi ten film o jeden poziom wyżej. Jeżeli zastanawiacie się, czy warto, według mnie bardzo!