Billie Eilish „Happier Than Ever” | Faktycznie szczęśliwsza?

Minęły dwa lata od przełomowego dla Billie Eilish albumu When We Go Fall Asleep, Where Do We Go?, którym zyskała bezgraniczną sympatię milionów słuchaczy na całym świecie. Wydawałoby się, że to wcale niedługo, ale słuchając najnowszego wydawnictwa nastolatki Happier Than Ever, okazuje się, że to naprawdę kawał czasu. Billie powraca odmieniona, a jej muzyka jest jeszcze lepsza.

Słuchając Happier Than Ever pomyślałem, że płyta ta jest wypadkową dwóch pierwszych wydawnictw Amerykanki. Z jednej strony, brzmienie jest dość surowe i (pozornie) oszczędniejsze (Don’t Smile At Me), z drugiej zaś, wciąż sporo tutaj fascynującego mroku i tajemniczości (WWGFAWDWG?). Jest jednak jedna wartość, która sprawia, że różnica między tym co było, a tym co jest, jest kolosalna  – Billie nadal nie brakuje buntu, nastoletniej zawadiackości i zadzioru, ale zdecydowanie dorosła. Zrzuciła kolorowe włosy, przywdziała do bólu kobiecy blond i – poza zmianami aparycyjnymi – dorzuciła do swojej muzy wysublimowanie, które wynosi Happier Than Ever na zupełnie inny poziom. I choć pozwala sobie jeszcze na nieco swawoli (idealnie bujające Therefore I Am, które jest największym przebojem tej ery), w zasadzie od otwierającego całość Getting Older po zamykające album Male Fantasy, jest bardzo gustownie, nawet wtedy, gdy Billie pokazuje pazurki.

I nie ma w tym sformułowaniu cienia szydery.

Szczerze mówiąc, trochę się nie spodziewałem, że to będzie TAKI album. Pojedyncze wypuszczane single jakoś nie zachwycały (poza NDA, które dzięki synthpopowej mocy sprawiło, że trochę uwierzyłem w ten album), ale ostatecznie wspaniale wpisały się w całokształt. Zresztą bardzo mocny i kompletny, w którym zamknięte są miażdżące mnie elementy. Pierwszym z nich, moim osobistym ulubionym, jest połączenie monologu o samoakceptacji i wystawieniu na ocenę osób postronnych z Not My Responsibility (bardzo true!) ze wspaniałym, produkcyjnie nieco wycofanym, ale za to emocjonalnym, Overheated, które jest jedną z najlepszych piosenek w dotychczasowej karierze Billie. Numerem dwa jest wgniatający w fotel gitarowy finał tytułowego Happier Than Ever, który mam wrażenie wytrzymają wyłącznie najlepsze sprzęty muzyczne (słuchawki Xiaomi trochę hurgoczą, ale nie mam im tego za złe). Sama piosenka to zdecydowana tegoroczna czołówka. Po pierwszym odsłuchu: zaskoczenie konsekwentną budową atmosfery i zachwyt finałową eksplozją. Rockowa Billie? W sumie, czemu nie? Świetnie słucha się I Didn’t Change My Number, wspaniale na zmysły robi latynosko nieśmiałe, nieco leniwe Billie Bossa Nova, zaś totalnie eksperymentalne Oxytocin jest tutaj zdecydowanie najbardziej wymagające i najbardziej fascynujące jednocześnie. Takiej piosenki Billie nie miała jeszcze w swoim dorobku. Całość spójna, choć brzmieniowo całkiem różnorodna, i – właśnie – wysublimowana. Zaskakująco. I obok tego wysublimowania nie potrafię przejść obojętnie. To wysublimowanie mnie zachwyca.

Finalnie ciężko uwierzyć w to, że Billie jest „szczęśliwsza niż kiedykolwiek”, ale niech już jej będzie, nawet jeżeli to tylko pozorny tytuł. Ale jeżeli z jej szczęściem ma iść w parze taka muzyka, życzę jej tego szczęścia jak najwięcej. Szczególnie, że Happier Than Ever to zdecydowany top muzyczny tego roku. Rozpływam się w tych dźwiękach, ale też w rozwoju Billie, która na naszych oczach ze zbuntowanej nastolatki staje się kobietą. Mamy szczęście, że możemy tę transformację oglą… słuchać.



Polub bloga na Facebooku