„Ema” | Życie w rytmie reggaetonu

Ostatnio tak intensywny taneczny trans zaserwował nam Gaspar Noé w swoim Climaxie, choć koniec końców Ema Pablo Larraína jest zupełnie innym dziełem. Jedyne co łączy te dwa tytuły to prawdziwa emocjonalna jazda bez trzymanki i kluczowy dla nich taniec. Nieprzypadkowo też określam chilijską produkcję dziełem – to najprawdopodobniej jeden z najlepszych filmów, jakie zobaczyliśmy w tym roku na ekranach polskich kin.

Nieuchwytna jak płomień, uwodzicielska Ema roznieca ogień wszędzie tam, gdzie się pojawia. Taniec to dla niej całe życie – dla swojej pasji jest gotowa poświęcić dosłownie wszystko. Wspólnie z mężem-choreografem podejmuje kontrowersyjną decyzję, przez którą upada jej dawny świat, a na zgliszczach starego porządku wyrasta zupełnie nowy – gdzie kobiety mogą tańczyć tak, jak chcą, o rodzinie nie decyduje pokrewieństwo i każdy sam tworzy choreografię własnego życia. W nowym świecie Ema jeszcze mocniej zatraca się w seksualnym, agresywnym reggaetonie. (opis dystrybutora)

Ema jest przede wszystkim filmem wielu skrajności i to właśnie w nich zdaje się tkwić wszystko, co w obrazie Larraína można postrzegać jako wartościowe. Z jednej strony, to dość mocny (momentami, na swój uwznioślony sposób, bardzo poetycki w słowach) portret rozbitego małżeństwa, którego rozpad poprzedzony został decyzją porzucenia adoptowanego syna. To też (a może przede wszystkim?) niejednoznaczny portret matki, która w niekonwencjonalny sposób próbuje zawalczyć o dziecko, które wraz z mężem wcześniej zdecydowała się porzucić. Matki, spotykającej się ze społecznym niezrozumieniem i poniekąd również wykluczeniem, odczuwającej pewien rodzaj dyskomfortu związanego z podjętą decyzją. Czy ta próba zawalczenia to efekt wyrzutów sumienia? Postrzegania decyzji w kategorii błędu? Czy może mimo wszystko ciągłego odczuwania macierzyńskiej więzi? Myślę, że wszystkiego po trochę, choć motywacje do działań bohaterki tak naprawdę nie są jasne. Podjęcie “walki” jest też w pewnym sensie wyswobodzeniem się z ograniczających ram – małżeńskich, rodzinnych, wszelakich kulturowych. Matka i żona oddaje się agresywnemu tańcu i hedonizmowi, który – pomimo negatywnego wartościowania – będzie ją prowadzić przez życie do wyznaczonego celu. Poczucie wolności i swobody pozwala jej działać. Z drugiej strony, no właśnie, mamy taniec. Ema to ludzki dramat przełamywany przez kolorowy teledysk, w którym przepadamy właściwie od początkowej zainscenizowanej sceny. Później dajemy się ponieść gorącemu, ognistemu reggaetonowi, przeszywającemu nieskomplikowanym bitem i swoim ulicznym charakterem. Dramat i taniec. Smutek mieszający się z rozgoryczeniem i zabawa.

I co najfajniejsze, po filmie zaczniecie się zastanawiać, gdzie można się nauczyć reggaetonu. I mean, ja się zastanawiałem. Bo soundtrack tego filmu działa i w nim samym, i jeszcze długo po seansie!

Pójdę dalej w te skrajności. Ema pod względem fabularnym jest wgniatającym w fotel chaosem. Filmem właściwie dopowiedzianym dopiero na samym końcu. Larraín fabularnie niepoprawnie komplikuje (choć też momentami pozwala nam się domyślać), wtrąca sceny i pozwala swoim bohaterom na egzaltowane wypowiedzi. Te znów dają upust ich południowoamerykańskiemu temperamentowi. W samej konstrukcji są niezwykle modne. Hipsterskie?! Trochę tak, bo Ema w pewnych momentach jest jak taka hipsterska chilijska telenowela. I wiedzcie, że nie ma w tym określeniu niczego negatywnego, bo to jedynie uwydatnia to, co bywa w niej momentami najbardziej intrygujące. To też bardzo kolorowy świat, pełen barwnych, różnorodnych ludzi, ale jednocześnie niepozbawiony obskurności i nuty brudu. Świat, w którym jesteśmy przejęci i jednocześnie tańczymy. Historia wgniata nas w fotel, ale tuż pod nim tupiemy nieśmiało nóżką. Ba, mało brakuje, a zaczniemy tańczyć.

Na studiach kulturoznawczych mówiło się, że życie to teatr. Larraín jest fajniejszy i mówi, że życie to choreografia. W tym pierwszym performujemy siebie, odgrywamy role, przyjmujemy nasze życiowe maski, albo odgrywamy to, co zaplanował nam będący ponad nami reżyser. U chilijskiego reżysera jest inaczej. Aż chciałoby się powiedzieć: „jak se zatańczysz, tak se masz”. Nikt też twojej własnej choreografii za Ciebie nie wykona. Stąd te skrajności. Myślę, że jeżeli ktoś ich nie lubi, w Emie może się nie odnaleźć. Jeżeli zaś kochacie emocjonalne lawirowanie i gwałtowne nastrojowe przeskoki, przepadniecie w choreografii Emy, nawet jeżeli nie będzie się Wam ona moralnie podobać. Intrygujące kino, dziwaczne, wyzywające, cholernie… nie, piekielnie dobre!



Polub bloga na Facebooku