„Dream Awake” Black Atlass | Marzenie na jawie

Marzec przyniósł nowy album The Weeknd, kwiecień zaś trzecią płytę Black Atlass, którego ciężko nie zestawiać z gigantem na scenie r&b. Brzmienie, wokal, klimat – wiele podobieństw. Zresztą przy okazji premiery wcześniejszego Pain & Pleasure od Black Atlass, twierdziłem, że ten jest znacznie ciekawszy od swojego popularniejszego kolegi z branży. Czy album Dream Awake potwierdza tę tendencję?

The Weeknd zaliczył w tym roku bardzo dobry album – mający słabe momenty, którym brakuje brzmieniowej wyrazistości, ale jednocześnie pełen ciekawych dźwięków, nie mówiąc już o tych z nutą nostalgii za syntezatorami z lat 80. Te zresztą podobają mi się na After Hours najbardziej. Black Atlass dotychczas zwyciężał dla mnie z The Weeknd atmosferą swoich wydawnictw, które w dodatku były spójne i pozbawione momentów silenia się na komercyjny sukces. Z drugiej strony, dostrzegłem z czasem brzmieniowe zamknięcie, którego na Dream Awake od początku bardzo się obawiałem. Bo o ile wcześniejszy album był nieco inny od debiutu, tak single zapowiadające nową płytę Black Atlass nie wskazywały na to, że miałaby się zadziać tutaj jakaś rewolucja. Tej też nie ma, co w sumie w ogóle nie ujmuje nowemu albumowi Kanadyjczyka. Choć nieśmiało (i niechętnie) przyznam, że pod koniec Dream Awake zaczyna się nieco dłużyć.

Lubię bardzo teledysk do Lie To Me!

Całość brzmi naprawdę dobrze. Powtórzę, bez rewolucji, być może bez większej rewelacji, ale na poziomie, do którego Black Atlass zdążył nas przyzwyczaić. Co najważniejsze, udaje mu się na swoim trzecim albumie zbudować atmosferę, którą konsekwentnie utrzymuje do samego końca albumu. W zasadzie nie doświadczamy ani jednej nutki fałszu. Oczywiście są tutaj piosenki, które znacznie wybijają się ponad przeciętną. Wśród nich przoduje (już wspaniale zatytułowane) Sin City, które może pochwalić się bardzo intensywnym podkładem, od którego nie można się oderwać. Bardzo lubię też Do For Love, piosenkę promującą album, w refrenie której mój mózg rejestruje non stop As Long As You Love Me z repertuaru… Justina Biebera. Nieprzeciętnie brzmi następne Night After Night, ale też Show Me jakby ukradzione z soundtracku do 50 twarzy Greya, czy kolejne On Your Mind, w którym na moment Black Atlass delikatnie brzmieniowo oddala się od pozostałych utworów, pozostając jednocześnie w spójności. Szczerze nie przepadam za By My Side, duetem z Sonią, i ubolewam nad wyborem piosenki na singiel. Ale trochę rozumiem – to też najlżejszy utwór na Dream Awake.

Spośród dotychczasowych wydawnictw Black Atlass, do Dream Awake podchodzę zdecydowanie najchłodniej. A to dlatego, że moje doświadczenia z muzyką artysty pokazały, że jego płytami łatwo udawało mi się zachłysnąć, by też później szybko je porzucić. To spotkało zarówno debiutancki Haunted Paradise, jak i Pain & Pleasure, choć ten drugi od czasu do czasu wraca za sprawą tytułowego singla lub utworu Kinda Like It. Zastanawiam się zatem, ile piosenek z Dream Awake faktycznie ze mną zostanie na dłużej? Czas pokaże. A wracając jeszcze do pytania postawionego na początku… Nowy album Black Atlass potwierdza, że jest on artystą intrygującym i wartym śledzenia, ale tegoroczną potyczkę na płyty zdecydowanie wygrywa The Weeknd. Na Dream Awake jest dobrze, ale momentami trochę już nudnawo. Choć nie brakuje rewelacyjnych piosenek, nie ma nawet małego kroku naprzód.



Polub bloga na Facebooku