„Champion” Bishop Briggs | Blask triumfu

Minęło dopiero półtora roku od premiery jej debiutanckiego albumu Church of Scars, a Bishop Briggs zaprezentowała swoje drugie wydawnictwo Champion. Nieco zmieniła swój wygląd, ale muzycznie pozostała wierna swoim dotychczasowym dokonaniom. Czy drugi album artystki będzie jej triumfem?

Bardzo lubię Bishop Briggs. Nie zawsze zgadzamy się muzycznie, właściwie bez problemu potrafię wymienić piosenki z jej dorobku, za którymi nie przepadam, jednak nigdy nie jestem w stanie odmówić jej charyzmy oraz charakterystyczności – głosowej oraz wizerunkowej – w jej przypadku chyba najistotniejszej. Bardzo intryguje mnie jej image i ekspresja sceniczna, która sprawia, że podczas występów Bishop zamienia się w istny wulkan energii, przeżywający muzykę całym swoim ciałem. Debiutancki album był dla mnie malutkim rozczarowaniem. To naprawdę dobra płyta, która zresztą znalazła się w mojej rocznej topce najlepszych, jednak po takich zapowiedziach jak River (singiel niezmiennie robiący piorunujące wrażenie), Be Your Love (które na płycie ostatecznie się nie znalazło) czy w ogóle jej najwcześniejsze Wild Horses (świetna jest również akustyczna wersja), spodziewałem się, że Church Of Scars – szczególnie przeze mnie wyczekiwane od czasu pierwszego spotkania z Briggs – będzie albumem, o którym długo nie będę mógł zapomnieć. Nie zapomniałem jedynie o jego wybranych fragmentach.

Bishop Briggs zgoliła włosy i zaprezentowała pierwszy, tytułowy singiel, zamykając w nim wszystko, co w Bishop Briggs najlepsze, dodając do tego niemałą nutę spektakularności. Champion ma w sobie coś z największych stadionowych hymnów, niemal rozrywając potężnym refrenem. Briggs bezsprzecznie osiągnęła tym singlem mistrzostwo w swojej własnej kategorii, szybko zaprzepaszczając je nijakim singlem Tattooed On My Heart (który zresztą bezskutecznie próbuje się odnaleźć pośród innych utworów na płycie). Szybko nadeszła z odsieczą trzecim, mocnym Jekyll&Hide, które otwiera zaskakujące organowe intro. Bardzo lubię ten niejednoznaczny, bujający, intrygujący refren.

Gdy słucham Tattooed On My Heart, przypomina mi się scena z Była sobie Aurora, gdzie Aurora ze swoim producentem (chyba z nim) rozmawiają o trackliście albumu, zaznaczając, które piosenki nadają się do rozgłośni radiowych. Mam wrażenie, że Tattooed On My Heart miało być taką piosenką i zabłądziło na tym albumie. Albo przynajmniej tak wolę to sobie tłumaczyć.

Nadzwyczaj szanuję na albumie Champion balladowe odsłony Bishop Briggs. Nie sposób odmówić emocjonalności artystce, szczególnie w tych niemal wykrzykiwanych refrenach, przewijających się w jej dorobku. Ballady odsłaniają jednak inne oblicze tej emocjonalności – wciąż bardzo buntownicze, ale jednocześnie jakby znacznie bardziej kameralne w Someone Else, w surowym demo I Tried zaś dogłębnie przeszywające. W ogóle ukryte na końcu albumu demo jest chyba największą niespodzianką na „championie”. Szczególnie, że tuż przed nim w My Shine Briggs zdaje się doskonale bawić (Yeah, that’s my shine / Yeah, that’s my precious little golden lie / Not yours, it’s mine / Yeah, that’s my shine). Jeszcze wcześniejsze Wild (jeden z moich faworytów!) jest najmocniejszym romansem z debiutanckim albumem, a poprzedzające je Lonely okazuje się nieco gorszym, choć wciąż dobrym, trochę wolniejszym i mniej spektakularnym bratem Champion. Bardzo lubię Can You Hear Me Now?, w którym największe wrażenie robią nie potężne refreny, a najciekawsze brzmieniowo na całym albumie zwrotki.

Dzisiaj poszło jakoś tak od tyłu tracklisty. Cóż zrobić.

Album drugi to album sprawdzian. Bishop Briggs zdaje ten sprawdzian z naddatkiem, choć nie można też powiedzieć, że Champion jest jakimś wielkim zaskoczeniem. Co więcej, może nie jest aż tak, że Briggs oddaje w nasze ręce album‑kopię swojego debiutu, ale na pewno płytę mocno bazującą na poprzedniku. Właściwie jedynie poza dwoma balladami, stadionowym Championem oraz singlowym Jeckyll&Hide. Bywa mocniej, trochę bardziej rockowo, ale to wciąż ta Bishop Briggs, którą poznaliśmy na jej debiutanckiej EP-ce, a później wyczekanym pierwszym albumie. I choć można odebrać to jako zarzut w stronę artystki, z zarzutem ma to finalnie niewiele wspólnego. W końcu jej drugi Champion udowadnia, że mamy do czynienia z fascynującą postacią, świadomą swojego stylu i muzyki, którą tworzy. Czasami jeszcze błądzi, ale takie Tattooed On My Heart jestem jej w stanie wybaczyć. Wciąż zastanawiam się, dlaczego Bishop Briggs nie zagrała jeszcze na żadnym dużym festiwalu muzycznym w Polsce. Potrzebujemy na nich takich osobowości! Halo, Alter Art?