„Bo we mnie jest seks” | Plastikowy świat

Jeden z najgłośniejszych filmów tego roku w końcu pojawia się na ekranach kin. Głośny, bo poświęcony jednej z ikon polskiej kultury – zupełnie niepowtarzalnej, wyjątkowej w swoich czasach Kalinie Jędrusik. Bo we mnie jest seks ostatecznie nie dościga w wyjątkowości portretowanej postaci, ale to sympatyczny „biopic”.

Sympatyczny i bardzo plastikowy. Zaznaczę jednak, że plastikowość tego filmu nie jest wcale żadnym zarzutem. Katarzyna Klimkiewicz wrzuca nas w kolorowy świat rodem z teatru telewizji, dając nam zasmakować świadomego kiczu, którym przepełnia portretowane lata. Niemal w kontraście do czarno-białych video wspomnień, z którymi – przynajmniej mi kojarzą się te czasy*. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak wiele dzięki temu zyskuje ten film na lekkości, stając się przede wszystkim chwytającą i całkiem inteligentną komedią. Nie doszukiwałbym się natomiast tutaj jakiegoś wyjątkowego girl power. Filmowa Jędrusik jest wyszczekana, pewna siebie i bezkompromisowa, ale prezentowana przez nią siła kobiet to taka siła na miarę tamtych czasów. Niby czasami wybijająca się w tym bardzo męskim świecie, ale jednak mocno w ten świat uwikłana. Współcześnie już nieszczególnie porywająca. Osobiście girl power tutaj nie odnalazłem, ale pod względem uroku i charakterności głównej bohaterki, debiut Klimkiewicz dostarczył mi sporo!

*Gdy byłem mały, przez długi czas myślałem, że skoro nagrania dawnych czasów były czarno-białe, taki sam był świat. I bęc, nagle zyskał kolory. To był chyba efekt tej słynnej piosenki Dwa plus jeden.

Prawdą jest też to, że Bo we mnie jest seks równie dobrze mógłby być filmem o jakiejkolwiek wyzwolonej kobiecie. Niekoniecznie musiałaby to być Kalina Jędrusik, która funkcjonuje tutaj bardziej jako figura niż faktyczna bohaterka z krwi i kości. O niej samej wiele się nie dowiemy, poza tym, co poniekąd utrwaliło się w naszych głowach. Twórcy ewidentnie wolą bawić się budowanie przyjemnej dla oka i serduszka atmosfery filmu, niż taplać się w biografii wcale nie tak jednowymiarowej postaci, jaką w Bo we mnie jest seks w pewnym momencie staje się Jędrusik.

I tutaj dla wielu osób można byłoby postawić finałową kropkę, przekreślającą ten film. Ale najciekawsze jest jednak to, że ten kolorowy obraz Klimkiewicz wciąż dobrze się ogląda. A wielka w tym zasługa Marii Dębskiej, która na ekranie (dosłownie) jest Kaliną Jędrusik. Ma wdzięk, ma lekkość, ma przede wszystkim pazur, przez który nie sposób oderwać od niej wzroku. Kradnie dla siebie ten projekt w zasadzie od pierwszej sceny. To film Marii Dębskiej, która prezentuje najlepszą kobiecą kreację aktorską, jaką oglądaliśmy w tym roku w polskim kinie. W Stanach byłaby oscarowym pewniakiem.

Wszystko zależy od tego, czego oczekujecie na dziesięć. Tak powinna brzmieć ostateczna ocena Bo we mnie jest seks Katarzyny Klimkiewicz.



Polub bloga na Facebooku