BERLINALE 2020 | Obejrzane filmy i wrażenia

W niedzielę zakończyła się kolejna edycja wielkiego Berlinale – obok Cannes i Wenecji trzeciego najważniejszego festiwalu filmowego w Europie. I choć wciąż trochę w to nie wierzę, byłem tam. Spacerowałem po Berlinie, czerpałem całymi garściami z atmosfery Festiwalu i… oglądałem filmy! Czas na małe wspominki.

Może zacznę od Berlina?

To była moja trzecia wizyta w Berlinie i z każdą kolejną chwilą spędzoną tam, lubię to miejsce coraz bardziej. Mam wrażenie, że wyczuwa się w nim nutę wolności. A jeżeli wolność nie jest w tym przypadku odpowiednim słowem, to na pewno jest to społeczne przyzwolenie na bycie sobą, przyzwolenie na indywidualność. Przyjemność sprawia mi też chodzenie po tym mieście. Oglądanie tego, jak nowoczesność i architektoniczny rozmach (nawet sam Potsdamer Platz) łączą się ze starością i zabytkami (weźmy wyspę muzeów), stykając się jednocześnie z unoszącym się w powietrzu duchem przeszłego komunizmu (weźmy za przykład wspaniałe Kino International, nieodnowione blokowiska z płyty, które są praktycznie przy samym Alexanderplatz, czy chociażby rozsiane po całym mieście pozostałości Muru Berlińskiego). Do tego dochodzi street art (trasa U2 pozwala na podziwianie wielu jego pięknych przykładów), ale również zwykłe akty wandalizmu, które bardzo mocno wpisują się w berlińską przestrzeń. Rozpływam się i już sam nie wiem, czy faktycznie tęskno mi za Berlinale, czy po prostu za samym Berlinem. Ale jeszcze tam wrócę!

Hymnem wyjazdu oficjalnie zostało City of Stars! I za ten hymn dziękuję Ani z Biegiem na film, bo nazwisko Chazelle padało z jej ust częściej niż jakiekolwiek inne słowo podczas tego wyjazdu!

A Berlinale?

Rozmach. To pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy. Rozmach, do którego raczej na dotychczasowych festiwalach nie byłem przyzwyczajony. Długie czerwone dywany przed Berlinale Palast, skórzane rozkładane fotele w Zoo Palast czy wielka sala Friedrichstadt Palast, na której człowiek za pierwszym razem czuje się jak mróweczka w tłumie widzów. Poczucie, że gdzieś tam sobie chodzi Cate Blanchett czy Helen Mirren. Długie kolejki przed seansami, które ustawiają się dobrą godzinę przed ich rozpoczęciem. Wszystko policzone właściwie co do minuty, że nawet nie dadzą człowiekowi sobie zrobić dobrego zdjęcia na ściance, bo już go wypraszają. W końcu wybiła konkretna godzina. Oczywiście, żartuję. Mnóstwo sal kinowych rozsianych właściwie po całym Berlinie. I bardzo dużo ludzi!

No właśnie, kolejki. Będąc na akredytacji studenckiej, wstawałem grzecznie przed piątą nad ranem, żeby w doborowym towarzystwie tuptać do Arkaden na Placu Poczdamskim. Wszystko po to, by złowić bilety na filmy, które chciałem zobaczyć najbardziej. A wiedzcie, że siedzenie dwie i pół godziny przed otwarciem okienek z biletami nie zagwarantowało mi wejściówki na pokaz dwóch odcinków serialu The Eddy z udziałem twórców. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy spali w śpiworach na czele kolejki po bilety. Podziwiam poświęcenie i nie ma w tym najmniejszej nuty ironii.

Czy mi się podobało? Tak. Choć nie był to idealny festiwal z mojej strony. Po długiej sesji pojechałem prosto na wydarzenie, które – pomimo braku konieczności nauki – było równie intensywne. Zmęczenie dawało się bardzo mocno we znaki, szczególnie po pierwszym dniu, który poświęciliśmy na zwiedzanie. Gdybyście wpadli na pomysł zrobienia ponad trzydziestu kilometrów pieszo przed festiwalem, wybijcie sobie to szybko z głowy. Do tego doszły poranne pobudki, które wcale nie sprawiały, że wieczorem szybciej kładło się spać. Ostatecznie dotarłem na dziewięć seansów, co daje skromne, ale mnie satysfakcjonujące trzy seanse dziennie. I fajnie – choć trochę załapałem oddech, a na tym oddechu bardzo mi zależało. Czy polecam? Głupie pytanie. Bardzo! Kto może, niech jedzie!

A co widziałem podczas Berlinale? Udało mi się zobaczyć cztery filmy z Konkursu Głównego, dwa z pokazów specjalnych Festiwalu, po jednym z Panoramy, Generation 14+ oraz Berlinale Series. O tym ostatnim, pod którym kryją się dwa pierwsze odcinki serialu Netflixa The Eddy Damiena Chazelle’a (Whiplash, La La Land) z udziałem Joanny Kulig, napiszę osobno. Dzisiaj skupię się na filmach, które uszereguję od najgorszego do najlepszego. A filmy słabe i dobre układały się niemal naprzemiennie.

Mare reż. Andrea Štaka (Chorwacja, Szwajcaria 2020)

Andrea Štaka to szwajcarska reżyserka, której trzeci film fabularny Mare pokazywany był w berlińskiej Panoramie. To historia tytułowej Mare, która wiedzie pozornie szczęśliwe życie. Niby oddaje się w pełni wychowaniu dzieci, starając nakierować je na jak najlepszą przyszłość, ale jednocześnie brakuje w jej życiu czegoś, co pozwalałoby jej się wyrwać choć na moment z rutyny, monotonii oraz problemów. Szansą na to okazuje się pewien Polak, który przyjeżdża do pracy przy budowie miejscowego lotniska.

W tej roli wystąpił Mateusz Kościukiewicz, który był jedną z dwóch głównych przyczyn wyboru Mare na jeden z festiwalowych seansów. Jak bardzo się cieszę, że polscy aktorzy pokazują się w zagranicznych produkcjach, tak tutaj powiem raczej „szkoda”, bo Kościukiewicz nie tyle, co poradził sobie z rolą przeciętnie, co po prostu nie dostał właściwie niczego wielkiego do grania. Drugą była bez wątpienia postać reżyserki oraz wiążąca się z nią perspektywa kobiety opowiadającej o kobiecie. Finalnie perspektywa kobieca może i była, jednak co z tego, skoro Mare wyzbyte jest z emocji. Nie ma w głównej bohaterce niczego, co mogłoby zbudować jakąkolwiek niejednoznaczność. Do tego stopnia, że zakomunikowane nam wewnętrzne rozdarcie Mare było mi jako widzowi zupełnie obojętne, a błyskawicznie rozgrywające się zakończenie jest satysfakcjonujące najprawdopodobniej jedynie w zamyśle reżyserki. Szukam jakichś pozytywów i właściwie jedynym jest to, że nie był to film bolesny. Za to bardzo nudny.

I ten najgorszy film, który widziałem na Berlinale, zobaczyłem w jednym z najpiękniejszych kin, w jakich byłem – Kino International!

Do-mang-chin yeo-ja reż. Hong Sang-soo (Korea Południowa, 2019)

Tym razem film wyróżniony Srebrnym Niedźwiedziem za najlepszą reżyserię dla Honga Sang-soo, który podobno zasługiwał na to wyróżnienie od kilku lat. Jego Do-mang-chin yeo-ja skupia uwagę na Gamhee, która przeżywa pierwsze długie rozstanie z mężem, będącym na delegacji. Kobieta odwiedza trzy znajome, z którymi prowadzi mniej lub bardziej angażujące konwersacje. Na nich też opiera się cały film.

I stwierdzenie „mniej lub bardziej angażujące” wydaje się tutaj słowem kluczem. Bo jeżeli miałbym podzielić ten film właśnie na te trzy spotkania, to jedynie to pierwsze jakkolwiek jeszcze widza obchodzi. Być może to kwestia charyzmatycznej przyjaciółki głównej bohaterki (szczerze ją uwielbiam) i jej filmowej współlokatorki, ale też niewymuszonego humoru, ochoczo przyjętego przez publiczność Friedrichstadt Palast. Wspaniała jest przede wszystkim scena z kotem i konfrontacja z niezadowolonym sąsiadem, którą wspominam jako najzabawniejszy moment tegorocznego Berlinale. Drugie i trzecie spotkania pozbawione są już tego uroku, a reżyserowi ciężko utrzymać uwagę widza, mimo że film nie trwa nawet 80 minut. Do-mang-chin yeo-ja przypomina mi trochę przypadkowe podsłuchiwanie czyjejś rozmowy. Niby ją słyszysz, ale w zasadzie jest tak zwykła, że od razu rezygnujesz z podsłuchiwania. Z tą różnicą, że tutaj od początku chce się jej słuchać. Od drugiego spotkania jednak wciąż po głowie krąży niedające spokoju pytanie „po co?”.

Pinocchio reż. Matteo Garrone (Włochy, Francja, Wielka Brytania, 2019)

Matteo Garrone – reżyser gorąco przyjętej Gomorry oraz pokazywanego dwa lata temu w Cannes dobrego Dogmana – podjął się przeniesienia na kinowe ekrany historii Pinokia. Gepetto tworzy drewnianą kukiełkę, która niespodziewanie ożywa. Zachowuje się jak normalny chłopiec, a mężczyzna zaczyna traktować go jak własnego syna. Pinokio jest bardzo ciekawy otaczającego go świata, przez co niechcący rusza w pełną przygód wyprawę po różnych zakątkach świata. Brzmi znajomo?

Jestem szczerze zachwycony postacią Pinokia. Jest w nim tyle uroku i radości, że momentami ciężko oderwać od niego wzrok. Na tyle, że czasami faktycznie zapominałem o tym, jak bardzo Garrone potyka się w tym filmie o swoje własne zabawy konwencją. Niekiedy bywa familijnie, niekiedy nieco ostrzej. Czasami jest bardzo ironicznie, czasami przesadnie poważnie, choć finalnie ciężko cokolwiek brać w tym filmie “na poważnie”. Czasami też trochę nie wiadomo, do kogo faktycznie skierowany jest ten film. Z jednej strony, Pinocchio jest zbyt banalny dla dorosłego widza, a myślę, że nawet dla młodzieży (banalność objawia się chyba przede wszystkim w dialogach). Z drugiej, czasami jest zbyt odważny dla młodszego odbiorcy (bywa momentami bardzo mrocznie). Po seansie było głównie zażenowanie, ale kilkukrotnie szczerze się uśmiechnąłem. A z perspektywy czasu coraz cieplej wspominam samą postać Pinokia, bo jeżeli coś się twórcom w tym filmie udało, to przede wszystkim on. Podobno w maju Pinokio pojawi się w polskich kinach!

Rizi reż. Tsai Ming-Liang (Tajwan, 2020)

Rizi było jednym z trzech wydarzeń Berlinale, wokół których roztoczyłem swoje największe oczekiwania. Duży w tym udział Tsai Ming-Lianga, którego nagrodzona przed kilkunastoma laty w Berlinie Kapryśna chmura bardzo mocno zapisała się w mojej pamięci. Ale nie tylko. Zainteresował też temat, a już w szczególności pojawiający się w filmie wątek homoseksualny, którego jeszcze nie miałem okazji oglądać z perspektywy azjatyckiego slow cinema. Ostatecznie otrzymałem od Tsai Ming-Lianga powolną obserwację codzienności. Bardzo powolną.

I sam do końca nie wiem, czy to określenie „powolna” jest w tym konkretnym przypadku wadą, czy właśnie atutem tego filmu. Na pewno „slow” stojące obok „cinema” wpływa na to, że Rizi jest wymagające. Nie wszyscy muszą lubić. Nie wszyscy wytrzymają. Uważam jednocześnie, że reżyserowi skutecznie udaje się utrzymać uwagę widza (to, co według mnie nie udało się w przypadku Do-mang-chin yeo-ja). Wzmaga nasze skupienie, a w tych statycznych scenach jest pewna enigmatyczność, która jest bardzo nieatrakcyjna i jednocześnie nie pozwala oderwać wzroku od ekranu. Bo być może zaraz coś się wydarzy. A wydarza się na ekranie jedynie (ponownie) powolna codzienność. Bohaterowie są osobno, spotykają się i znowu są osobno. Moment, kiedy są razem, jest zdecydowanie najciekawszy. Choć w środkach wyrazu zwykły, niepokojąco ludzki, pozbawiony zbędnej estetyzacji. Z drugiej strony, Rizi to dwugodzinna filmowa obserwacja bohaterów, która właściwie na tej obserwacji się kończy. To uczestnictwo w ich codzienności, które do niczego mnie nie doprowadziło. Do tego stopnia, że sale kinową opuściłem z dużym rozczarowaniem. Może nawet nie samym filmem, co brakiem jakiejkolwiek refleksji. Dlatego też z wielkim znakiem zapytania zamiast oceny.

The Roads Not Taken reż. Sally Potter (USA, Wielka Brytania, 2020)

To był jeden z tych filmów, który zachęcał nie tylko postacią reżyserki czy poruszanym tematem, ale też gwiazdorską obsadą. Sally Potter zgromadziła w swoim obrazie pokaźne nazwiska – Elle Fanning, Javiera Bardema, Salmę Hayek czy Laurę Linney. Jej najnowszy film The Roads Not Taken to opowieść o popadającym w demencję Leo oraz jego córce Molly, która robi wszystko, by utrzymać swojego ojca w jak najlepszej formie.

Najnowszy film Sally Potter wydarza się na dwóch płaszczyznach. Pierwszą z nich jest teraźniejszość, drugą natomiast przeszłość, rozgrywająca się w głowie głównego bohatera. To właśnie w niej poznajemy największą miłość Leo (w tej roli Salma Hayek), jego kulturowe korzenie oraz mocne przeżycia, które odcisnęły piętno na jego życiu. W filmie Potter zdecydowanie lepiej funkcjonuje płaszczyzna teraźniejsza. The Roads Not Taken bardzo dobrze sprawdza się jako portret człowieka w chorobie, fenomenalnie zagranego zresztą przez Bardema. Są w tym obrazie poczucie bezsilności, starania i dobre serce osób postronnych, ale też pewna obcość i niezrozumienie (scena u dentysty czy ta w supermarkecie). Retrospekcje rozgrywające się w głowie bohatera momentami wprowadzają do intrygującego portretu chaos, mimo że Potter stara się przechodzić pomiędzy płaszczyznami dość gładko. Dobrze, że finalnie spotykają się we wspólnym punkcie. Uwagę przykuwa też Laura Linney, która na drugim planie tworzy bardzo wyrazistą rolę byłej żony Leo, która podchodzi do swojego ex-męża znacznie bardziej bezkompromisowo niż ich wspólna córka. Zarzucę Potter ckliwości i banały pojawiające się w dialogach, które skutecznie zakłócają emocjonalny odbiór zakończenia.

Nie byłbym chyba aż tak krytyczny jak niektórzy krytycy, którzy zrównali ten film z ziemią.

Favolacce reż. Fabio i Damiano D’Innocenzo (Włochy, Szwajcaria, 2020)

Trochę przewidywany przeze mnie Srebrny Niedźwiedź za najlepszy scenariusz, który w pełni zasłużenie trafił do duetu braci Fabio i Damiano D’Innocenzo. Ich Favolacce opowiada o kilku rodzinach mieszkających na przedmieściach Rzymu, spośród których każda jest inna i boryka się z problemami. Rodzice przelewają swoje frustracje na swoje dzieci, które powoli zaczynają znajdować się na skraju wytrzymania.

A wszystko właściwie rozpoczyna się od narratora, który postanawia opowiedzieć nam napisaną przez siebie historię. Przeprowadza nas stopniowo przez kolejne rodziny, spośród których każda wydaje się zupełnie różna i jednocześnie taka sama. Najważniejsze są w nich dzieci, uzależnione poniekąd od swoich opiekunów oraz ich rodzicielskiego wpływu. Od znacznie bardziej zabawnych opowiastek i sytuacji, utrzymanych trochę w konwencji czarnego humoru, po te trzymające w napięciu (chociażby despotyczny ojciec w jednej z rodzin). Do tego stopnia, że całość jest bardziej niejednoznaczna niż jednoznaczna. Stawiająca wiele pytań i jednocześnie niebezpośrednio na nie odpowiadająca. Dlatego też stwierdzam, że Favolacce jest bardzo intrygujące i nieśmiało życzyłbym sobie go w polskich kinach, chociażby po to, żeby powtórzyć ten seans. Bo im więcej czasu mija od Berlinale (a to był w ogóle mój pierwszy festiwalowy seans), tym coraz trudniej mi się o tym filmie myśli i jednocześnie coraz lepiej go wspominam.

Szarlatan reż. Agnieszka Holland (Czechy, Irlandia, Polska, Słowacja, 2020)

Nie będę ukrywał, że to najprzyjemniejsza niespodzianka mojego Berlinale, której szczerze się nie spodziewałem. Wiedziałem, że Agnieszka Holland nie zrealizuje filmu złego, ale nie przypuszczałem też, że Szarlatan będzie naprawdę dobrym, solidnym kinem. To biograficzna opowieść o Janie Mikolášku, słynnym czeskim szarlatanie, który zostaje dopadnięty przez czechosłowacki komunistyczny reżim.

Holland nie eksperymentuje. Szarlatan jest dość klasyczną biografią. Reżyserka opowiada w niej jednak o niezwykle intrygującej postaci, która w swoich działaniach kierowała się najszczerszym pragnieniem pomocy drugiemu człowiekowi. Nie jest to jednak biografia spod znaku kolejnej laurki. Jan Mikolášek jest chłodnym bohaterem. Zdystansowanym. Potrafiącym powiedzieć prawdę zupełnie wprost, nieważne jak może być ona dla kogoś bolesna. To też człowiek bardzo samotny ze względu na konieczność uprawiania zakazanej miłości, uwikłany w burzliwy romans, który niekiedy zdaje się przypominać prawdziwą miłość. W tytułową postać wciela się rewelacyjny Ivan Trojan, współpracujący z reżyserką wcześniej przy Gorejącym krzewie. Szarlatan jest bardzo dobrze zbudowany i – co chyba najważniejsze w przypadku Agnieszki Holland – nie traci swojego tempa. Przez to też jest dużo lepszy niż poprzedni Obywatel Jones czy jeszcze wcześniejszy Pokot. Może reżyserka nie porywa się na kino nadzwyczajne, ale jej najnowszy film ogląda się z bardzo dużym zaangażowaniem. Film za niedługo w kinach dzięki Gutek Film!

The Earth Is Blue as an Orange reż. Iryna Tsilyk (Ukraina, Litwa, 2020)

Najlepszym filmem, który zobaczyłem podczas tegorocznego Berlinale jest dokument ukraińskiej reżyserki Iryny Tsilyk The Earth Is Blue as an Orange, wyróżniony wcześniej nagrodą za reżyserię na Festiwalu w Sundance. W niespełna osiemdziesięciominutowym filmie twórcy portretują rodzinę żyjącą w okolicach Donbasu, będącego strefą działań militarnych. Aby jakkolwiek poradzić sobie z wojenną rzeczywistością, Anna – właściwie główna bohaterka – postanawia zaangażować swoje dzieci do stworzenia filmu o ich życiu w obliczu ciągłego zagrożenia.

Właśnie przeczytałem, że jest to również długometrażowy debiut. Tym bardziej się zachwycam!

W kameralnym portrecie rodzinnym Tsilyk zabrakło mi finalnego uderzenia, choć zaproponowane przez reżyserkę zakończenie faktycznie dało mi poczucie spełnienia. Jednocześnie najbardziej przerażające w tym filmie momenty otrzymujemy już na początku, kiedy to w tle słyszymy bomby – dla nas dźwięki zupełnie obce, stanowiące źródło niepokoju, dla portretowanej rodziny będące częścią ich codziennego krajobrazu. Porusza też zwykłość tego, co obserwujemy w dokumencie. Zwykłość dla nas niezwykła. Podobnie jak normalność, może nawet trochę pewna szarość bohaterów, wynikająca być może z ich tragicznej sytuacji. W końcu ich cele i szanse zostały momentalnie zaprzepaszczone przez polityczne działania. Jedno marzenie się w tym filmie spełnia i jest to największy błysk nadziei w tym filmie, jaki jesteśmy w stanie dostrzec. Ale też niejedyny. The Earth Is Blue as an Orange przepełnione jest delikatnością, zrozumieniem, ale też nieśmiało dobijającymi się gdzieś do nas emocjami. Bardzo ciekawe kino, którego życzyłbym sobie i polskiej widowni na rodzimych festiwalach.

Na koniec jeszcze festiwalowe uśmiechy berlińskie!



Polub bloga na Facebooku