„Babyteeth” | Chora i zakochana

Miałem ten film zobaczyć już podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego w roku ubiegłym, ale pech chciał, że seans w Kinotece nie odbył się z przyczyn technicznych, a na obejrzenie Babyteeth musiałem czekać kolejne osiem miesięcy, kiedy to w pandemicznych realiach pojawił się na pokazach przedpremierowych. Było warto, bo film Shannon Murphy to kawał bardzo dobrego kina inicjacyjnego.

Poważnie chora nastolatka Milla zakochuje się w drobnym handlarzu narkotyków Mojżeszu. Ten fakt staje się najgorszym koszmarem jej rodziców. Nie tak wyobrażali sobie chłopaka córki. Okazuje się, że wraz z pierwszymi pocałunkami w Millę wstępuje nieznane dotąd pragnienie życia. Sprawy wymykają się spod kontroli, a tradycyjna moralność przestaje obowiązywać. Milla pokazuje rodzicom, Mojżeszowi i wszystkim wokół jak żyć, kiedy nie masz nic do stracenia. Jak dobrze jest nie być martwym. Pełen humoru portret nastolatki, która uczy się przekraczać wszelkie granice w ekstremalny sposób. (opis festiwalowy)

Szczerze mówiąc, początek filmu w zasadzie nie zwiastuje niczego nadzwyczajnego. Co więcej, słychać gdzieś z tyłu głowy echa tytułów podobnych do kultowych w niektórych kręgach Gwiazd naszych wina – tytułów, w których kino inicjacyjne łączy się z motywem śmiertelnej choroby, a tej znowu towarzyszy pierwsza wielka miłość bohaterów: uczucie bardzo niewinne, niekiedy zmuszające do buntu. Jest w porządku, o tak, a debiutująca w pełnym metrażu Murphy, czerpiąc z dobroci coming of age, dobrze sobie radzi. Dopiero w momencie rozwoju rodzicielskiej intrygi i „spisku” (nazwijmy tak punkt zwrotny w podejściu rodziców do wybranka głównej bohaterki, żeby zbyt wiele nie zdradzać), Babyteeth nabiera potrzebnego charakteru, wychodząc poza typowe młodzieżowe love story. I za ten charakter lubi się ten film już do samego końca.

Lubi się ten film też za kolory, za wrażliwego, zagubionego bad boya, za niebieskie włosy głównej bohaterki. Sympatia gwarantowana.

Rozwijająca się relacja pomiędzy Millą i Mosesem jest angażująca, a reżyserka dorzuca do niej nutę uroku, subtelnego humoru, ale też lekkości i młodzieńczości. Raczej wierzymy w tę więź, a przynajmniej się staramy, patrzymy na nią z uśmiechem, choć jednak mimo wszystko z tyłu głowy mamy mały znak zapytania, czy aby na pewno działania chłopaka są szczere. Nie wiadomo też do końca, skąd wynika nasza niewiara w bohatera. Może udziela nam się instynkt rodzicielski i brak zaufania filmowych rodziców, a może przeszkadza nam sposób bycia Mosesa, luzackość, jego nie do końca jasna przeszłość i brak przekonania o faktycznej przemianie. Niepewność, czy Moses jej nie zostawi; czy funkcja chłopaka chorej dziewczyny go nie przerośnie. Jest w tym wszystkim szczerość, nuta szaleństwa, ale też sporo wolności, bo również o jej poczuciu jest ten film. Wolność to szczęście. Drugi człowiek to szczęście. Wolność z nim – połączenie – jest hiperszczęściem.

Na osobny akapit zasługuje Eliza Scanlen, która wyrasta na jedną z najciekawszych aktorek młodego pokolenia, stawiającego pierwsze kroki w przemyśle filmowym. Najpierw genialna kreacja w rewelacyjnych Ostrych przedmiotach, sezon oscarowy przyniósł ciepłą drugoplanową rolę w Małych kobietkach Grety Gerwig, teraz Babyteeth, które od młodej aktorki wymagało dodatkowo transformacji fizycznej. Rolą u Murphy jedynie potwierdza, że jest to postać, której filmową ścieżkę należy śledzić z niemalejącym zaangażowaniem. Przy jej nazwisku widnieje już kolejna pozycja, tym razem dramat wojenny, w którym wystąpi u boku Toma Hollanda, Mii Wasikowskiej oraz Roberta Pattinsona. Ciekawe. Dobrze ogląda się też oba filmowe duety – młodych, niepokornych zakochanych, ale też rodziców głównej bohaterki, którzy zagubili się nie tylko w rodzicielstwie, ale również we wspólnym byciu.

Na nasze nieszczęście, Babyteeth dopada nas emocjonalnie na końcu. Może nie jest to emocjonalne zwalenie z nóg, przy którym paczka chusteczek będzie niezbędna (choć myślę, że dla niektórych przydatna), ale reżyserce udaje się dotknąć wrażliwości widzów, dorzucając jeszcze na końcu, może potrzebną, może niepotrzebną, według mnie trafną kropkę: prostą, lecz konsekwentnie potęgującą emocje. Babyteeth to bardzo dobre kino młodzieżowe, któremu udaje się wyrwać z ram ckliwości na rzecz charakteru i łatwej do wyczucia niezależności. Ładny jest to film, po prostu.

Na Babyteeth byłem po raz pierwszy na małej sali krakowskiego Kina Kijów i (nie jest to w żadnym stopniu post sponsorowany) jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tą przestrzenią. Aż żałuję, że odkryłem ją tak stosunkowo późno… 

foto: wff.pl



Polub bloga na Facebooku