Artystyczna rozrywka, czyli „Parasite”

Po zwycięstwie na Festiwalu w Cannes, Parasite dość szybko otrzymało tytuł jednego z najlepszych filmów tego roku. Napływające właściwie zewsząd zachwyty, sygnalizowały, że oto na horyzoncie pojawił się film wyjątkowy. Osobiście nie zamierzam się z nich wyłamywać – Parasite to bezsprzeczna tegoroczna czołówka.

Na plakacie filmu możemy przeczytać, że to najbardziej szalony zdobywca Złotej Palmy od czasu Pulp Fiction Tarantino. Patrząc na listę zwycięzców z ostatnich dwudziestu pięciu lat, trudno się nie zgodzić. W ostatnich edycjach zwyciężały filmy wówczas aktualne (chociażby Imigranci Audiarda), poniekąd kontrowersyjne (to byłoby chyba Życie Adeli), ale zawsze, bez wyjątków, były to filmy podchodzące do problemu „na poważnie”. Parasite zdecydowanie wyłamuje się tej canneńskiej tendencji. Podejmuje istotny temat i jednocześnie rozczula swoją absurdalnością (w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu oczywiście). Ta absurdalność to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie czekają na nas w tym roku w kinie. Normalnie byłaby one przeze mnie właściwie nie do przyjęcia, a tutaj nie potrafiłem jej nie chłonąć niemal od samego początku. Bong Joon‑ho łączy ją z dość sporą dawką szaleństwa i humoru, przez co Parasite, posiadające wiele walorów artystycznych, jest przede wszystkim kapitalnym kinem rozrywkowym, zbudowanym na kontraście pomiędzy światem bogatych i biednych. Świetnie napisaną hybrydą. Można niekiedy odnieść wrażenie, że problematyka społeczna niebezpiecznie mocno ustępuje miejsca rozrywce. Dramat bohaterów osadzony jest jednak na podkreślanej non stop opozycji. I choć całość prowadzi nas do dość prostej puenty, mało kto w tym roku tak sprawnie opowiada, jak robi to Bong Joon‑ho. To mnie zdecydowanie zachwyca.

Chociaż przyznam, że dopóki bohaterowie mają swój filmowy scenariusz i plan na całe działanie, Parasite też jest znacznie sprawniejsze. Na zakończenie wciąż będę trochę kręcił nosem.

Reżyser w Parasite portretuje dwie rodziny z zupełnie odmiennych światów. Pierwsza z nich to biedni Koreańczycy, mieszkający w ciasnej suterenie, których spokojne życie regularnie uprzykrza im jeden z miejscowych pijaków. Druga to mogący pozwolić sobie na wszystko bogacze, których (porażająca w filmie) naiwność pozwala im na zatrudnienie w swoim domu prawdziwej rodziny, której członkowie odgrywają przy nich nowe role – obcych ludzi. Za pomocą portretów dwóch rodzin, Bong Joon‑ho tworzy obraz zróżnicowanej klasowo Korei, w której jednym przeszkadza duszący smród krochmalu, gdy zaś drudzy walczą ze zwykłą codzienną ulewą, która zalewa ich podziemne mieszkania. Myślę, że osoby szukające filmowego pogłębienia problematyki społecznej, mogą być Parasite nieco rozczarowane. Reżyser bardziej podkreśla opozycję za pomocą kolejnych różnic materialnych, niż faktycznie brnie w ich objaśnianie czy szczególne emocjonalne nacechowanie. Dla jednych mankament, dla mnie dzięki temu Bong Joon‑ho uzyskuje wartościową dla filmu uniwersalność, dzięki której rozumiemy zróżnicowanie społeczne Korei bez większej znajomości tamtejszej sytuacji.

Wciąż jednak odczytuje Parasite bardziej jako kapitalne artystyczne kino rozrywkowe, na które czekałem i wszyscy czekaliśmy od dłuższego czasu. W ogóle, na Filmwebie w rubryczce „gatunek” widnieje słowo „dramat”, a chyba „dramat” akurat do tego filmu pasuje najmniej.

Pomimo obrazu zróżnicowania społecznego oraz metafory śmierdzących ludzi z podziemia i tych pachnących, których hawira jest umiejscowiona niemal ponad głowami, wciąż zastanawiam się, czy Parasite faktycznie miało być filmem z przesłaniem. Chyba nie. Jest niby puenta, co nieco wyciągamy z tego filmu, ale no nie oszukujmy się, nie jest to jakaś potężna refleksja, diametralnie zmieniająca nasze życie. W Parasite liczy się przede wszystkim opowiadanie i szybkie tempo, które od samego początku narzuca nam Bong Joon‑ho. Tempo, w którym zupełnie przepadłem. Bardzo lubię ten film, bo ostatnio rzadko tego typu filmy potrafią mnie utrzymać na dłużej w swoich ryzach. Parasite się to udało właściwie do samego końca. Rewelacyjne kino, co tu więcej mówić.



Polub bloga na Facebooku