AMENRAMEN, czyli „Dekalog Spolsky” Mery Spolsky

Dwa lata temu miło było Mery poznać, a jej pierwszy album okazał się jednym z najciekawszych debiutów na polskiej scenie muzycznej ostatnich lat. Inna, bezkompromisowa, spójna, idącą swoją niekonwencjonalną i wyjątkową ścieżką – tak o niej myślałem. Na drugim albumie Mery zakłada bordową aureolę i za pomocą dziesięciu utworów prezentuje swój zbiór zasad. Oj, niech ta aureola Was nie zmyli.

Przy okazji debiutu, jeszcze na poprzednim blogu, pisałem, że Mery Spolsky zapełniła nienasyconą lukę muzycznych indywidualności, które są jednocześnie unikatowe i przedostają się do mainstreamu. Od tamtego czasu, artystka w tej luce dość mocno się rozpychała, robiąc coraz więcej miejsca dla siebie i swojej twórczości. Najpierw trzema utworami, będącymi echem debiutanckiego albumu, później rewelacyjnym Ups! w duecie z iGorillą, aż w końcu poruszyła techno FAKiem. Różę z okładki debiutanckiej płyty odczytywałem jako Mery‑kwiat, który wyrasta na rodzimej scenie muzycznej. Na drugim albumie bez wątpienia ten kwiat się rozwinął i rozkwitł. No właśnie, Dekalog Spolsky to lepiej, mocniej, mimo że bez przekleństw, paradoksalnie jeszcze dosadniej.

Już promujący płytę singiel FAK wskazywał na to, że będziemy mieć do czynienia z czymś naprawdę mocnym. Piosenka o tym, że hejt to ogromne zło świata współczesnego, oprócz genialnych rymów, gry słów oraz samego przesłania, zachwycała przede wszystkim techno brzmieniem à la Die Antwoord. „Nie mówi się drugiej osobie źle (…) nie mówi się nigdy o sobie źle” – śpiewa Mery, pokazując tytułowego „faka” hejterom i wszelkiej nienawiści. Pojawiająca się Dua Lipa i jej „I’ve got new rules, I count ‘em”, zamienione na wspaniałe „mam w głowie luzu tandem”, było śmiałą zapowiedzią nowego „zbioru zasad w obowiązującym środowisku”, tego tytułowego dekalogu, w którym Mery nieco odsuwa na bok swoje miłostki, a stawia krok w stronę tego, co tu i teraz. Tego, co bez wątpienia aktualne, niekoniecznie uniwersalne i przede wszystkim ważne/problematyczne dla współczesnego człowieka. Dlatego też oprócz „faka” w stronę nienawiści, Mery porusza niezwykle ważne tematy samoakceptacji i odpowiednio wysokiej samooceny, życiowej przezroczystości i próby usilnego dopasowania, ale również nieprowadzącej do niczego ucieczki w imprezowanie, bycia gwiazdą na czerwonym dywanie z dziurawych skarpet oraz zamykania się i skupiania na przeszłości, którą Mery proponuje nam zajeść słodką bigotką. Niby tworzy płytę o swoich zasadach, ale jednocześnie dostarcza fanom wielu cennych rad, ukrytych pod płaszczem niebanalnych tekstów i brzmienia, krążącego wokół techno i elektroniki.

Die Antwoord i Dua Lipa to niejedyni ciekawi goście pojawiający się u Spolsky. Jest Karl Lagerfeld. Nie zabrakło Ciechowskiego, jednej z większych inspiracji Mery. Gdzieś między wierszami ukrył się Dawid Podsiadło, który nie ma fal, a zaraz po nim mający swój raj The Dumplings. Znowu ktoś jak Nosowska krzyczy Pas!, a malinowy las – w tych wszystkich puszczonych oczkach – kieruję w stronę chruśniaku Darii Zawiałow. Lubię to szaleństwo Mery very much.

Mery niby przywdziewa bordową aureolę i już nie przeklina, ale jednocześnie wykorzystuje nasze czarne myśli, sugerując nam brzydkie słowa. Po Bigotce i grze słów artystki, można poczuć się jak najgorszy na świecie nieokrzesany wulgar, a grzeczne „źle”, „całusa” czy „serce”, które proponuje Mery, aż chce się przekrzyczeć najlżejszą chyba z tych wszystkich sugestii „szmatą”. Niemal w kontraście do kulturalnego przeklinania z nieco spokojniejszego muzycznie KA. Bigotka to w ogóle jedna z najciekawszych kompozycji artystki pod względem tekstowym, w której gra słów prowokuje jak jeszcze nigdy w przypadku Mery Spolsky nie prowokowała. Moim faworytem pod względem brzmienia jest natomiast imprezowa, taneczna Mazowiecka kiecka, będąca zaskakującym wybuchem energii po organowym (serio!) intro. Od refrenu nie sposób się uwolnić, a my w dzikim tańcu wirujemy niczym tytułowa kieca. Trudno w imprezowy wir nie rzucić się również podczas Technosmutku, który jest wymarzonym mordercą wszelkich negatywnych emocji. Podobnie jak przy równie porywającym Sorry from the Mountain, które już na dobre zastąpi w moim słowniku „z góry przepraszam”. Gdzieś w ich tle pozostają Cieliste Rajstopy, które za każdym razem podobają się coraz bardziej, i – chyba najtrudniejsze w odbiorze na całym albumie – Blond Włosy.

Wszystkie bangery ukryte na Dekalogu Spolsky są wręcz bezbłędne. Jednak tymi najbardziej zaskakującymi na drugim albumie Mery są te nieco spokojniejsze, choć finalnie nie mniej intensywne, utwory. Od pierwszych dźwięków przepada się w klimacie Kosmicznej dziewczyny, w której rapowane zwrotki kontrastują z lekkimi, śpiewanymi już refrenami. Ogromne wrażenie robi bardzo osobista Szafa Meryspolsky, będąca muzycznym listem do mamy artystki. Szczególnie pod koniec, gdy do głosu dochodzą syntezatory, a brzmieniowa kameralność ustępuje miejsca mocy. Kocham Mery za bangery, ale za te nieco spokojniejsze twarze jej na pewno nie ukarzę. A za to, że na bonus tracka dała rewelacyjnego „upsa!”… kupiłbym jej chupa chupsa?

Starałem się, ale rymowanie pozostawię zdecydowanie Mery…

Drugi album Mery wygrywa ze swoim poprzednikiem pod jednym bardzo ważnym względem. Z perspektywy czasu, Miło było Pana poznać boryka się z widmem fenomenalnego tytułowego singla, który pozostawił w swoim cieniu naprawdę bardzo dobrą całość. Choć uwielbiam debiutancki album artystki, Dekalog Spolsky pod tym względem ma przewagę, a świetny FAK uzupełniony zostaje na płycie o utwory, które są jeszcze lepsze, przez co sam album dużo bardziej zaskakuje. Wszystko tutaj zagrało. Muzyka. Teksty. Rymy. Nietuzinkowa osobowość Spolsky. Ale również świetna produkcja, o której nie sposób nie wspomnieć. Sorry from the mountain Mery, ale – wbrew temu, co sugerujesz w Technosmutku – przyjęcie tego albumu będzie chyba jednolite. Przewiduję zachwyty. Ja się bardzo zachwycam. W tym roku mieliśmy kilka płyt, pretendujących do miana najlepszego polskiego albumu roku. Już wtedy człowiek nie potrafił się zdecydować, a tu jeszcze Mery Spolsky wypaliła z takim sztosem.



Polub bloga na Facebooku