36. Warszawski Festiwal Filmowy | „Mainstream”, „Piosenka o nienawiści”, „Drama Girl”

W koronawirusowych realiach Warszawski Festiwal Filmowy dostarczył trochę normalności, o której musieliśmy przed kilkoma miesiącami zapomnieć. Festiwal odbył się stacjonarnie, zgromadził trochę gości i mniej lub bardziej liczną widownię. Podobnie jak w roku ubiegłym, również w tym nieszczęsnym 2020 obejrzałem trzy filmy. I były to filmy w ogólnym rozrachunku dużo lepsze niż poprzednio!

Drama Girl
reż. Vincent Boy Kars

Holenderski eksperyment filmowy z pogranicza dramatu i dokumentu kreacyjnego. Reżyser stawia w centrum 26-letnią Leylę, której zadaniem jest odegranie scen ze swojego życia w towarzystwie profesjonalnych aktorów. Ci wcielają się w jej rodziców oraz chłopaka. Odgrywanie scen przerywane jest przez rozmowy z reżyserem o emocjach, jakie w ramach eksperymentu odczuwa kobieta. Są to najróżniejsze odczucia – od niezrozumienia, przez zaskoczenie, nawet po jakąś niemoc i nieumiejętność związaną ze sztucznością teoretycznie bardzo realnej sytuacji.

Zadaniem filmu – poza traktowaniem życia jako opowieści, którą można ponownie odtworzyć – jest przepracowanie pewnych traumatycznych sytuacji i toksycznych, niezrozumiałych relacji. Największy problem w tego typu kreacyjnej narracji tkwi w tym, że choć sam eksperyment jest intrygujący (szczególnie, gdy jesteśmy świadkami pierwszego reżyserskiego cięcia i momentalnie z pozornie fabularnej sceny zostajemy wrzuceni w dokumentalną rozmowę pomiędzy Leylą i Karsem), problem głównej bohaterki staje się w pewnym sensie obojętny. Wystarczyłoby powiedzieć, że cały ten proces przepracowywania poszczególnych elementów życia nie wzbudził mojej empatii. Ja powiem więcej – on po prostu w pewnym momencie zupełnie przestał mnie obchodzić, podobnie zresztą jak emocje bohaterki. Trochę na takiej zasadzie, jakby projekt Drama Girl był wartościowy przede wszystkim dla tytułowej dziewczyny, niekoniecznie dla nas, podglądających widzów. Przyczynę tego widziałbym w bardzo wyrywkowym odgrywaniu życia, skupiającym się na konkretnych chwilach. Niby składają się one na jakiś rodzaj narracji, ale nie wszystko też jest w niej spójne. Całość podana jest w nieskazitelnie, momentami wizualnie perfekcyjny sposób. I za to ogromne serducho!

Mainstream
reż. Gia Coppola

Drugi film wnuczki Francisa Forda Coppoli i bratanicy Sophii Coppoli (ile filmowych wspaniałych powiązań). Główną bohaterką Mainstreamu jest Frankie, która snuje gdzieś w głębi serca prawdziwy hollywoodzki sen. Jak na razie jest jednak barmanką w miejscowym klubie komediowym, w którym pracuje ze swoim przyjacielem. Pewnego dnia nagrywa pewnego mężczyznę i wrzuca nagranie do Internetu, gdzie zaczyna się cieszyć coraz większą popularnością. Niekonwencjonalne podejście do życia Linka staje się punktem wyjścia do internetowej twórczości, sprawiającej, że trójka młodych ludzi momentalnie staje się gwiazdami sieci.

Zerkam nieśmiało na recenzje po Festiwalu w Wenecji, na którym Mainstream miał premierę, i zastanawiam się, skąd to krytyczne przyjęcie. Może nie jest to wyjątkowo oryginalna opowieść o fanatycznym celebrycie, wcześniej będącym szarą niezauważoną jednostką. Bardzo ciekawe (i na swój sposób aktualne) jest natomiast osadzenie go w świecie social mediów i gwałtownie wybuchającego sukcesu w Internecie. Tytuł jest tak naprawdę bardzo przewrotny, a sam film jest trochę o tym, jak to co niszowe, inne, nietypowe, szybko staje się pierwszoplanowym elementem głównego kulturalnego nurtu. Jest tutaj też sporo krytyki samych mediów społecznościowych – naszych małych kłamstewek odnośnie instagramowej perfekcji życia, niezdrowego postrzegania świata czy oglądania się na sympatię innych. Całość – nie brzmiąca wyjątkowo oryginalnie – podana jest w przepięknie teledyskowy sposób (przepadłem w pierwszym oficjalnym vlogu nagranym przez Linka i spółkę), w którym główna bohaterka wymiotuje ośmiobitowymi serduszkami, a internetowym poczynaniom przygrywa miażdżące Kill V. Maim od niezawodnej Grimes (ta piosenka w kinie to jest jakieś totalne arcydzieło). Mainstream wygląda jak świeży i kolorowy produkt popkulturowy z potencjałem krytycznym, i choć nie wzbija się na jego wyżyny, dostarcza tego, co dostarczyć powinien – wizualnych doświadczeń, trochę przemyśleń, niejednokrotnego wgniecenia w fotel (naprawdę niejednokrotnego!) i niemało emocji, szczególnie w końcówce. Dobrze jest nawet wtedy, gdy Coppola trochę zbacza z kursu (bo sukces bez miłostek by się nie odbył), ale wtedy ma w obsadzie świetną Mayę Hawke i perfekcyjnego, no mistrzowsko szarżującego Andrew Garfielda. Gdybym odpowiadał za nominacje do Oscarów, widziałbym go gdzieś w czołówce kandydatów do statuetki.

Piosenka o nienawiści
reż. Anna Hildur

Hatrið mun sigra – śpiewał zespół Hatari, reprezentując Islandię na 64. Konkursie Piosenki Eurowizji w Tel Awiwie. Nie będę ukrywał, że to nie tylko jeden z moich ulubionych scenicznych performanców tamtej Eurowizji, co po prostu jeden z moich ulubionych występów ever. W dokumencie Anny Hildur działalność art bandu Hatari oraz wszelkich kontrowersje, związane z ich udziałem w Konkursie oraz z samą organizacją wydarzenia w Izraelu przez Europejską Unię Nadawców, zostają osadzona w trochę szerszym kontekście. Co z tą nienawiścią? I co z artystami wobec niej?

Hatari to niby zespół muzyczny, ale tak naprawdę bardziej pasuje mi do niego określenie art band. Chociażby ze względu na bardzo ciekawe tezy i postulaty, około-kapitalistyczne czy te związane z działaniami politycznymi na całym świecie, towarzyszące działalności grupy. W muzyce synthpop łączy się z industrialem, na scenie dominują skóry i bezpośrednie odwołania do sfer seksualnych. Trochę takie techno BDSM i nie ma w tym cienia przesady. Piosenka o nienawiści pozornie skupia się na eurowizyjnym występie. Performance z Tel Awiwu jest właściwie pretekstem, by opowiedzieć o złych stosunkach pomiędzy Izraelem i Palestyną. W nich osadzeni zostają artyści – nie tylko Hatari, ale również Ci wywodzący się z dwóch skonfliktowanych krajów (krótkie, aczkolwiek dla filmu wartościowe spotkanie zespołu z izraelskim reprezentantem na Eurowizji). Hildur zadaje w swoim dokumencie retoryczne pytanie, czy artyści powinni angażować się w sprawy polityczne. Powinni, i dobrze, że to robią. Szczególnie widać to w momencie, gdy apolityczność konkursu zostaje obalona przez zakulisowe nagrania. Ta – chcąc nie chcąc – ograniczają wyraz artystyczny bardziej zaangażowanych twórców. Ci co oglądają Eurowizję, wiedzą, co się na niej wydarzyło. Jak niewielki gest zespołu okazał się opisywanym skandalem, ale też wybuczanym przez publikę zdarzeniem. Szkoda, że nie wspomniano o tym, że Hatari nie było jedynym zespołem, zaangażowanym w sprawy palestyńskie. Na podobny gest pozwoliła sobie również Madonna. I nie wiem, czy jest to kwestia krótkowzroczności i chęci wyeksponowania działań Hatari, czy po prostu fakt zupełnie zbędny w oczach reżyserki. Sam dokument bardzo dobry. W zasadzie od samego początku trzymający przy sobie i nie wypuszczający ze swoich sideł – nieważne czy jesteśmy w chłodnej Islandii, czy podróżujemy z zespołem po Izraelu, czy jesteśmy za eurowizyjną sceną. Rewelacyjny film!



Polub bloga na Facebooku