35. Warszawski Festiwal Filmowy | „Winona”, „Judy i Punch” i „Port Authority”

Po czterech latach wybierania się na Warszawski Festiwal Filmowy, wśród których mogę wyróżnić jeden raz, kiedy do stolicy dotarłem, ale już nie udało mi się dotrzeć na film, w końcu zawitałem w Warszawie na festiwalowy weekend. Pierwotnie miałem zobaczyć cztery filmy, ale finalnie w moim repertuarze znalazły się australijska czarna komedia Judy i Punch z Mią Wasikowską, zahaczające mocno o temat drag queens Port Authority oraz grecka Winona. Jak było?

Czwartym filmem było Babyteeth, które walczyło w Wenecji o Złotego Lwa. Świetne recenzje z Włoch oraz niebieskowłosa bohaterka sprawiły, że film był najważniejszym punktem mojej warszawskiej wizyty. Niestety, problemy techniczne pokonały organizatorów. Szkoda, bo bardzo chciałem o nim dla Was przedpremierowo napisać…


Winona
reż. Alexander Voulgaris (The Boy)

Jedyny film z Konkursu Głównego Warszawskiego Festiwalu Filmowego i jednocześnie pierwszy tytuł, który zobaczyłem podczas festiwalowego weekendu. Jeszcze w sobotę myślałem, że to najgorszy film, który zobaczyłem w Warszawie. Teraz uważam, że choć ubrany w dość ciężki strój, to pod wieloma innymi względami zdecydowanie najciekawszy i wybijający się na tle dwójki pozostałych. Winona to kameralna opowieść o czterech młodych kobietach, bliskich przyjaciółkach, które spędzają słoneczny dzień na jednej z greckich plaż. Tylko tyle i jednocześnie aż tyle.

Pierwsze wrażenie nie było dobre. Winona to przede wszystkim bardzo pretensjonalny film pod względem samej formy, z przesyconymi kolorami, nakręcony na taśmie 16 mm, przerywany wstawkami, w których każda z czterech bohaterek wykonuje piosenkę a capella. Nie mniej pretensjonalne są same rozmowy, mocno zakorzenione w kulturze filmowej, podczas których ma się wrażenie, że Alexander Voulgaris w ogóle nie hamuje się w swoich kinofilskich zapędach. Do tego stopnia, że bohaterki potrafią zaśpiewać piosenkę złożoną z tytułów filmów Woody’ego Allena, entuzjastycznie reagując na swoje ulubione pozycje, a pseudonim każdej z nich odnosi się do imienia znanej aktorki. Czuć jednak w tym filmie pustkę i ta pustka unosi się przez ponad siedemdziesiąt minut filmu. Od soboty ciągle za mną chodzi i nie pozwala o Winonie zapomnieć. Tą pustką jest brak – nieobecność piątej bohaterki, której imię zdradza tytuł filmu i odsyła nas – chyba trafnie – do postaci Winony Ryder. Seans nie należał do najprzyjemniejszych, a nawet powiedziałbym, że do jednych z najcięższych, jakie doświadczyłem w tym roku. Ale to, jakie emocje ten film wzbudza we mnie po seansie, jest chyba dużo bardziej wartościowe. Doceniam.


Judy i Punch
reż. Mirrah Foulkes

Wyświetlane w Sundance, nominowane aż w siedmiu kategoriach do Australijskich Nagród Filmowych, również w tej najważniejszej, w Warszawie pokazywane w ramach pokazów specjalnych, Judy i Punch to czarna komedia (?), opowiadająca o artyście‑pijaku i jego „żonie pomocniczce”, których liche wspólne życie zostaje przerwane przez pewne zdarzenie. To pewne zdarzenie to najzabawniejszy moment tego (zupełnie średniego) filmu. Chociaż teraz z perspektywy czasu zdarza mi się myśleć „o zgrozo, dlaczego się śmiałeś”, raczej szczególnie nie ulegam tym dziwnym wyrzutom sumienia. Wy też byście się wówczas zaśmiali, obiecuję Wam to!

Największym problemem, z którym boryka się film Foulkes, jest gatunkowe niezdecydowanie. Nieprzypadkowo przy czarnej komedii postawiłem znak zapytania, ponieważ reżyserka bardzo chce, żeby Judy i Punch czarną komedią było. Czasami myśli sobie, że nakręciłaby dramat, zresztą – co pokazują te najbardziej napompowane momenty – bardzo łopatologiczny. Później uderza nas w twarz patosem (finał…). Snuje opowieść o żądzy zemsty. Jednocześnie w międzyczasie próbuje opowiedzieć historię wykluczonych „innych”, którzy skazani są na życie w ukryciu. Dlatego też po obejrzeniu Judy i Punch, nie do końca wiadomo, co się właściwie obejrzało. I nie powinno się tego mylić z mieszaniem gatunków czy ich przekraczaniem. Bardziej jest to nieumiejętność wyważenia swojej opowieści, która mogłaby być spójna. Jednocześnie nie ogląda się tego źle. Zęby zgrzytają szczególnie w tych patetycznych momentach, ale gdy Foulkes stara się bawić w czarną komedię, całość jest naprawdę okej. Duża też w tym zasługa dobrego duetu – Mii Wasikowskiej i Damona Herrimana, którzy starają się ciągnąć ten film, kiedy dla reżyserki jest bardzo pod górkę. A naprawdę od czasu do czasu jest.


Port Authority
reż. Danielle Lessovitz

Choć swoją przygodę z Cannes zakończył bez żadnego wyróżnienia w sekcji Un Certain Regard, podejmowany przez Port Authority temat wybijał się szczególnie na tle tegorocznego programu Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Debiutująca reżyserka – Danielle Lessovitz – na pierwszym planie stawia młodego chłopaka, który wyrusza do nowego miasta, by zmienić środowisko i rozpocząć inny etap swojego życia. Choć nie do końca mu się to udaje, poznaje tam atrakcyjną Wye, odkrywając dzięki niej nieznany mu dotąd kolorowy świat – balów queerowych.

Chyba najbardziej zaskakujące w filmie Port Authority jest przedstawienie społeczności LGBT. Lessovitz nie opowiada w swoim debiucie o jednostkach składających się na konkretną grupę, a osobach wspólnie tworzących rodzinę – nie biologiczną, a kulturową, połączoną przez taniec i podobne fascynacje. Ciekawe (choć trochę mimo wszystko niewykorzystane) jest wkroczenie do tej rodziny chłopaka, którego codzienne otoczenie jest zgoła homofobiczne, a on sam bez większych wewnętrznych rozterek (chociaż kreując wokół siebie zupełnie fałszywą rzeczywistość) przenika w głąb kultury będącej całkowitym przeciwieństwem jego środowiska. Bardzo podobało mi się, że Lessovitz opowiada o szeroko pojętej kulturze drag queens nie tylko poprzez kolory, cekiny, vouging i taneczną muzykę, a przede wszystkim poprzez poważne wspólne problemy, z którymi członkowie kultury mierzą się jako rodzina. Niestety, z czasem świeży portret społeczności ustępuje miejsca dość prostemu melodramatowi, w którym reżyserka czasami bezskutecznie próbuje nas zaskoczyć. Dlatego też finalnie Port Authority traci to, co udało się reżyserce uzyskać na samym początku. Szkoda, bo przy tej całej gatunkowej banalności, ma on wiele interesujących momentów.